poniedziałek, 24 września 2012

Stanisław Swen Czachorowski (1920-1994)


Portret S. Czachorowskiego
Piotr Mosur
       „Czuję się jak pędzony przez satanicznego przewodnika przez wszystkie muzea świata. Paranoja erudycji. Piekło nowoczesnej sztuki. Ale nie dosyć tego – ucinał moment osłupienia rozgorączkowany Jan Marx – śledźmy więc dalej rozmigotany kram z różnościami Swena: malarze dawni, muzycy dawni i współcześni, atom, mezony, astronautyka, loty kosmiczne, astronomia, czasoprzestrzeń, relatywistyka – a obok tego stragan odpustowy z kogutkami, figurkami, seryjnymi dewocjonaliami. Świątki, straszydła, zmory, duchy. Ten kram jest jak <<sen papugi o pawiu zwariowanym>>”.

Umizgi paranoika, dodawali z niesmakiem ci, którzy – podobnie jak Marx – zmuszeni byli przejść przez piekło „autogilotynek” i „klęczników oriońskich”. Michał Siewkowski zauważa niemal bez śladu zaskoczenia: „W nowej książce Stanisława Burkota o literaturze polskiej nie znajdziemy wzmianki o twórczości Czachorowskiego”. Podobny brak daje się zauważyć w monografii Anny Legeżyńskiej i Piotra Śliwińskiego z 2000 roku (Poezja polska po 1968). Jako jedyny z komentatorów Czachorowskiego, wskazuje Siewkowski na barokową proweniencję jego dykcji literackiej, zwłaszcza na wpływ De perfekta poesi Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, popularnego także wśród twórców Orientacji. „Sarbiewski był bodaj pierwszym, który w stosunku do poety użył słowa creat – tworzy; on pierwszy odważył się poetę nazwać stwórcą” – jak uświadamiała na łamach „Poezji” w 1977 roku Jadwiga Kotarska.

Nie tylko jednak echo Sarbiewskiego, lecz także trop Osterwy ulega w sercu „plebejskiego astrologa” kosmicznej deformacji. Czachorowski – jak wskazywała Jadwiga Bandrowska-Wróblewska – „po wyzwoleniu ukończył studia teatralne w Krakowie, pod kierunkiem Juliusza Osterwy. Związany był z założoną przez niego grupą teatralną <<Dal>>, z którą współpracował do śmierci wielkiego aktora”. Po wydaniu przez Swena tomu wierszy pt. Planeta cykuty (1966), Piotr Kuncewicz podjął jedną z najbardziej udanych prób określenia światoobrazu poety: „jest on wewnętrznie rozbity i celowo napięty – kojarzy i jątrzy kategorie, z ich starcia wypowiada wiersz”. Czy byłaby to próba polskiej dekonstrukcji barokowej harmonii sprzeczności? Czy raczej to nieopanowane „stado psychicznych usiłowań” okazałoby się tylko wyodrębnionym, literackim przekładem Osterwowskich zasad organizacji świata aktorskiego?

„Nie mam własnego mitu – zdradzał Czachorowski i niemal natychmiast tłumaczył – samokrytyka: jest współczynnikiem talentu. Wartość jej występuje proporcjonalnie do wartości innych składników – inteligencji, wynalazczości, wrażliwości, dobrego smaku, silnej woli, samozaparcia i odwagi. Epigonom zazwyczaj wystarcza posiadana, w równej mierze, co spryt i zdolności naśladowcze, umiejętność w ocenie prekursora”. „Swen zrobił na mnie niesamowite wrażenie – opowiadała Irena Pudil we wspomnieniach o poecie – szczupły, niewysoki, z wydatnym nosem i płomiennymi oczami – cały grał. Włosy, ręce, gestykulacja. Rozmawiał, jakby recytował, jakby był na scenie i sprawdzał wrażenie, jakie robi na widowni. A robił na wszystkich. Dominował w każdym towarzystwie. Nieraz w sposób dokuczliwy. Był apodyktyczny, zachłanny, zmienny w nastrojach. To pełen patosu, to bez humoru. Łatwo go można było urazić. Swen fascynował, ale długo po nim trzeba było odpoczywać. Potem znów do niego gnało. Prychający i szarpany przez nerwowe tiki, gdy grał, zmieniał się. Czytał swoje wiersze i wszyscy truchleli, że za głośno oddychają”.

KS

Por.

             J. Bandrowska-Wróblewska, Nota oraz J. Marx, Plebejski astrolog, [w:] S. Swen Czachorowski, Poezje wybrane, wyboru dokonał K. Gąsiorowski, Warszawa 1987.
                  M. Siewkowski, Poetyckie światy Stanisława Swena Czachorowskiego, Toruń 2004.
          T. Kaliściak, Stanisław Swen Czachorowski, czyli jarmarczny król życia”, [w:] tegoż, Katastrofy odmieńców, Katowice 2011

tryptyk wszech

I.                     nic wszechakordu

nie mam
tak białych prześcieradeł
by uniewinnić waszą twarz

którzy ciśnięci
z kłębem spiral
w korzeniu gliny płacz grzebiecie

pierścień orbity i źrenica
w niej martwa skała z nagim bogiem

tak była hellad czarodziejka
na wzgórzu fletni
czas płonąca

nad płaskim dachem hierusalem
uda samsona krzew krzyżować

kamienny memnon w piaskach szlochu
cisz jerychońskich
różę prószył

figo
ja nie znam mej nagości
i przeciw wiatrom
oszalały
złotego cielca w siebie krzyczę

ile oliwek dobrych dłoni
małą arachne
z łez ratuje

tak przestrzeń kroków
w nieskończoność
nic bezustannie nie przemija

II.                    zapalenie świecznika

i można tak podpalić ziemię
jak ćma
zapala noc skrzydłami

i można
cztery strony skrzypiec
dochodzić blade nałożnice

i można żywe kości strącać
z tarpejskich skał kadencji bytu

w epokach chimer i symboli
łatwiej
niż mocą skojarzenia
chociaż są święte siostry Nilu
cóż brat
na gładkiej ścianie pieca

tak cicho
można określić – serdecznie
przybliża suma cień spirali

w kosmosie równań
brył i światła
krzyżują czasu niewiadome

dwie równoległe
jeśli znaczą
to ile
dłoń nie uściśnięta

jak rozkosz
jeśli skrzyżowane
w tej samej kuli zgasły oczy

dziewczęta cało
z łodygami
zwiędły pożółkłe w swych flakonach

w bezkresnych gongach
do omyłki
wiruje prawo brzmiących bram

cóż czterej jeźdźcy
dyżurują
w liberiach dnia ostatecznego

kadr pod stygmatem opatrzności
w miliardy spiral galaktycznych
wgryza się szary kornik myśli

dziesięć mandali
plącze soma
na uroczysty pępek rzeczy

sześć rąk opada jak muzyka
tędy zakrzywia się nirwana

pozwólcie cień białego dżina
pod tobół z moim dnem wszechpróżni

piętą proroka lakowany
księżyc się zeszkliła złym wersetem

hurysy w grzybie atomowym
wpisują w koran zbędność płaczu

skłamano kształt na strunie – g –
skłamano formę – nic nie wiemy –
skłamano smaki bardziej względne

totem
w mgławicy Andromedy
kabała liszką czarnych globul

wyjaśnić oto
że litera
brzmi brzmienie swego nic współbrzmienia

jednak wyjaśnić
ile dłoni
co noc opada
bez zjednania

III.                  jeszcze od harf

ego sum
jestem
przeciwkolwiek

jeśli mnie słyszysz
głos przenika
po strunach orbit
gamę trwania

może by róża wszechgranicy
przekwitła mity nas
wiosnami

jeśli mnie słyszysz
zbliż witraże
rozgrzeszam drwiące manuały

bo jeśli człowiek
brzmi muzyka
ego sum
jestem
struna brzmienia

jeśli zatrzymać wielki łuk
gdzie nad gwiazdami alabastru
przestrzeń przenika nasze skronie

odwalcie biały kamień głodu
spiralne jabłko z orbit rzeczy

po klawiaturach przyśpieszenia
czas wystukuje
dokonało

są pośród nas
mówiące słońca
pejzaż z van gogha rozpryskany

i syte studnie ekosfery
są harfy u wszechstron mówiące

zatoczyć kwadrat
zliczyć kulę
w trójkątnym szepcie nieznanego

można mieć stopień
jeśli człowiek
rozchyli stronę antydźwięku

ja
mam to jedno
mikrociebie
moja malutkich łez planeto
i człekokształtny
sęk wyciągam
z wszechgalaktycznej belki brzmienia

Warszawa, 9 III 1960

z tomu: Planeta cykuty, 1966




Stanisław Swen Czachorowski w oczach innych:



          Treścią poezji jest odczucie. Podziwiam czas… Ramy mego obrazu przecinają fotony… Stąd każde słowo jest ze          światła… Wiersz chwieje się, zwija w spiralę… Rozszerza.
               Treścią poezji jest człowiek… Obraz staje się trudny. A jeśli ulga, wiersz pachnie jak ramionami matek…
               Treścią poezji jest miłość… Miłość, która jest dobra… Bowiem treścią poezji jest też mądrość… Mądrość, która jest awangardą myślenia… Bowiem treścią poezji jest odgadnąć, odczuć, przybliżyć.
               Treścią poezji jest walka… Ale treścią poezji jest roztropność… Jej pełnią – wiara w istotę ludzką…
A więc treścią poezji jest bitwa o prawo człowieka do człowieka.

Swen


Por.

                J. Bandrowska-Wróblewska, Nota, [w:] S. Swen Czachorowski, Poezje wybrane, wyboru dokonał K. Gąsiorowski, wstęp: J. Marx, Warszawa 1987.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...