![]() |
Portret J. Żernickiego Krzysztof Schodowski |
„Przez całe życie nieustannie wędrował,
choćby po okolicy, teraz żyje <<ukrzesłowiony>>, jak na obrazie
Andrzeja Wróblewskiego z 1956 roku” – zaświadczał o dziwnym wędrowcu z
Tężniopolis jego przyjaciel, Stanisław Jasiński. „Ukrzesłowiony” – to nie tylko
pięciotonowy sygnał pękania charakteru Janusza Żernickiego, lecz także próba
określenia zrośniętej żywcem czasoprzestrzeni, w której w latach 90. znalazł
się autor Trzynastu miesięcy. „19
maja 1992 roku amputowano poecie nogę powyżej kolana, znieczulono Żernickiego
przez kręgosłup” – relacjonował Jasiński – „mimo wielu prób nie nauczył się
sprawnie poruszać z protezą nogi”. Oddajmy jeszcze raz głos stenotypiście:
„Sierpień 1997 roku przynosi upał trudny do zniesienia, któregoś dnia brat
Wojciech zabiera Janusza na spacer. W wózku inwalidzkim Żernicki objeżdża
okolice swojego dzieciństwa. Nie zdaje sobie sprawy, że jest to ostatni taki
spacer. Lata zamknięcia na balkonie, który stał się <<zagubionym dworcem
mijających się ptaków>>, dają znienacka znać o sobie. Przeżywa rozległy
udar mózgu”. „Mój tryb życia jest na pewno dla wielu zaskakujący i przez wielu
odrzucany” – zwierzał się poeta Janowi Marxowi w 1985 roku – „Jest to raczej
bardzo smutne. Posiadając skrzydła pozwalające wyfruwać poza miasteczko, region,
odgrywam trochę rolę prowincjonalnego bociana, któremu podcina się lotki, żeby
nie wyfrunął. Kiedyś w Ciechocinku takie kalekie ptaki chodziły po parku,
stanowiąc turystyczną atrakcję. Zbyt mało jednak porusza mnie spraw, by
występować w roli młodego faraona z powieści Prusa, próbującego wprowadzić
reformy, które muszą dopiero dojrzeć”.
Autor Wędrowca w jednym sandale umiera w październiku 2001 roku na skutek
silnego krwotoku wewnętrznego. I oto – w momencie jego śmierci – wraca
przekształcony na nowo obraz z dzieciństwa Janusza: „Ojciec życzył sobie, aby
6-letni Janusz oglądał paniczną ucieczkę Niemców w styczniu 1945 roku. Syn
zarejestrował obraz, który nie opuszczał go przez całe życie: z ciechocińskiego
dworca kolejowego odchodziły pociągi z rannymi żołnierzami. Krew przenikała
przez podłogę wagonów i spływała na podkłady kolejowe”. Być może z tego powodu
Żernicki chciał stać się „wzornikiem”, nawet za cenę wzbudzenia grozy tłumacząc
cierpliwie: „Poezją wzoru nazywam taką poezję, która odzwierciedla owe stałe i
elementarne predyspozycje uczuciowe człowieka, owe <<tendencje uczuciowe>>,
szczególnie silnie eksponując ich (w chemicznym znaczeniu) wartościowość, czyli
możliwość wchodzenia w różne reakcje, w tych wielkościach i różnorodnościach
dopatruję się wyjątkowego znaczenia poezji”. W antologii Postscriptum poeta apelował: „Należy budować na tych pozornych
odłogach naszej psychiki, których jak dotąd wstydziliśmy się niczym
kompromitującej choroby”.
„Bardzo lubię wiersze Janusza
Żernickiego” – zdradzał z nietajoną sympatią Janusz Sławiński w „Nowych
Widzeniach” z 1961 roku – „nie mógłbym jednak z czystym sumieniem powiedzieć,
że rozumiem je całkowicie, że potrafię je w pełni zidentyfikować na tle
rozumianych przeze mnie, w mniejszym lub większym stopniu, zwyczajów mowy
poetyckiej. Janusz Żernicki należy do tych poetów najmłodszej generacji,
których wiersze zostały nastawione na organizowanie w czytelniku wartości
niezrozumienia”. „Rozpoczynałem jako belfer na warmińskiej wiosce” – wyjaśnia
Marxowi poeta i dołącza – „Byłem też rybakiem, aż do połamania ręki”. I niech
to wystarczy za prowizoryczne usprawiedliwienie: „Urodziłem się w miasteczku
Ciechocinek na Kujawach. Wielokrotnie próbowałem stąd uciekać. Jeśli już
wracałem, to nie dla wyblakłego kurortu, lecz do mojego Tężniopolis”. Mojej „sukni
Dejaniry” – chciałoby się dodać za Jasińskim.
KS
Por.
S. Jasiński, Janusz Żernicki 1939-2001, [w:] Janusz
Żernicki – poeta osobny, do druku podał S. Jasiński, Toruń 2002, s. 4-27.
J. Marx, J. Żernicki, Nie jestem wykonawcą testamentu, [w:]
tamże, s. 271-274.
A. K. Waśkiewicz, Posłowie, [w:] J. Żernicki, Wędrowiec
w jednym sandale, Bydgoszcz 1985, s. 218-238.
I mówię jeszcze
Za zdania moje, które zlisiony sierścią do środka, łykam,
którym nie nadaje kształtu,
ciesząc się pierwotnym ich bezwstydem,
clochard i Kronos naraz, od proroków spodziewany;
Za zdania moje, które zlisiony sierścią do środka, łykam,
którym nie nadaje kształtu,
ciesząc się pierwotnym ich bezwstydem,
clochard i Kronos naraz, od proroków spodziewany;
tak pława na
łańcuchu a niby-to z falą,
tak mężatki młode i słodki ucisk wnętrzności,
gdy markują wierność,
wychylone z własnych bioder – ciekawe cudzych kopulacji:
za zdania moje pokrętne, gdy opuszczają „zagrodę zębów”
zmysłowe i natrętne,
za zadania moje, gdzie włazi murawa i perz –
– – wybacz mi wielki Nieznajomy.
„Że-m”, ta forma jest różą z prowansalskich fascynacji,
dom rodzinny odtrącił, wytrąciwszy siebie,
niczym ten, co „planetę odkopnął”, a planet uporczywie przybywa,
chociaż to ja właśnie opisałem ideologię Domu,
boś mnie do tworzenia systemów powołał –
– – wybacz mi o, Niedościgły.
Bo cudzoziemcem we własnej ziemi jestem,
bo zewsząd widzę coraz więcej i mówić nie śmiem,
bo i po co?
wolę już upał i ciała kobiet gonne i gończe,
chwila specjalna, gdy słońce już natarczywe nad horyzontem -
zagłada prędzej ich zmysłom się obnaża; Zygmuncie Freudzie
może najszczerszym bywasz Wernyhorą!
wolę już promenady rodzimego kurortu –
topola, brzoza, miłorząb, robinia, grab i wiąz
(byłaby to Litania do Wszystkich Najwierniejszych,
byle nie minąć w locie mew, tych lilii mojego patrona,
a także wśród pinus nigra i sambucus nigra kosów i srok,
pokrzewek, dzwońców i zięb, krzyków pawi,
który zawraca między glacjały,
dżdżownic i żuków gnojaków, co jednają mnie z ziemią);
i za to niebo z anilionowej farbki do prania
w baliach z dzieciństwa,
niebo zanoszące się obłokami nad kurortem
tak wysoko i dwornie,
niezastąpiony kompres żagwiącej mej głowy –
– – – wybacz, albo przyjmij, że wiem, iż pojmujesz
bo chyba taką naturę posiada Świetlisty
Za noce ze zmarłymi odtrwaniane – Ojciec, Bruno i Sted –
gdzie tylko małoodporna szyba wieczności dzieli nas od siebie,
ot, zwykła szybka alarmowa, którą wystarczy zbić;
że i na mnie skacze płonący tygrys rozdzieranych krajobrazów,
i słyszę ryk i krew i dławi mnie bezwzględność ludzi głodnych,
a zwie się to „ugwieżdżeniem historii”,
a zapobiec nie umiem,
a na puszczy gadałem dwadzieścia pięć lat –
– – – wybacz Ty, coś lękiem i intuicją nas obdarzył
nie dając go wilkom ni dębom,
lub wydzielając jak poczęstunek chłopom ze szarwarku
co panięta na powiatowy przywieźli bal.
Że najlepszych swych lat, niby wiązki mięśni, jelit i szmat,
po wiadomej eksplozji (a tak i jedynie jestem polski),
z krzewów wersów i literackich transzei i trawersów
nie pozbieram –
– – – wybacz Ty, o Którym tyle wiem, że
więcej niż ja rozumiesz mnie,
a sondy Twoje, gdy zapuszczasz,
boleśnie czuję
w głębokościach moich niezmierzonych.
Wybacz mnie, który wierność martwemu morzu zaprzysięgłem,
morzu, co „odwraca stronice brzegów”,
a księga dobiega już końca;
morzu cywilizacji jak za czasów Solona,
której co dnia słońce ostatni przesyła blask;
wszystkim odeszłym ode mnie ludziom i zwierzętom,
roślinom i sprzętom,
reakcjom codziennym, formułom foremnym –
– – wybacz za mnie, przeze mnie i dla mnie.
Bo za to, że zdychałem, podnosiłem się i padałem,
ustalony w genach i Twojej szczodrobliwości,
i że znam rynsztoki, ambony, barłogi i trybuny,
sferę seksu i zonę alkoholu, upokorzenia i ekspiacje,
i że więcej niż w chrześcijańskich misteriach
naznaczyłeś memu pokoleniu krzyżowych stacji
(a na końcu jestem) –
– – – ja Ci Panie zawsze, zawsze wybaczam.
Tężniopolis, czerwiec 1981
tak mężatki młode i słodki ucisk wnętrzności,
gdy markują wierność,
wychylone z własnych bioder – ciekawe cudzych kopulacji:
za zdania moje pokrętne, gdy opuszczają „zagrodę zębów”
zmysłowe i natrętne,
za zadania moje, gdzie włazi murawa i perz –
– – wybacz mi wielki Nieznajomy.
„Że-m”, ta forma jest różą z prowansalskich fascynacji,
dom rodzinny odtrącił, wytrąciwszy siebie,
niczym ten, co „planetę odkopnął”, a planet uporczywie przybywa,
chociaż to ja właśnie opisałem ideologię Domu,
boś mnie do tworzenia systemów powołał –
– – wybacz mi o, Niedościgły.
Bo cudzoziemcem we własnej ziemi jestem,
bo zewsząd widzę coraz więcej i mówić nie śmiem,
bo i po co?
wolę już upał i ciała kobiet gonne i gończe,
chwila specjalna, gdy słońce już natarczywe nad horyzontem -
zagłada prędzej ich zmysłom się obnaża; Zygmuncie Freudzie
może najszczerszym bywasz Wernyhorą!
wolę już promenady rodzimego kurortu –
topola, brzoza, miłorząb, robinia, grab i wiąz
(byłaby to Litania do Wszystkich Najwierniejszych,
byle nie minąć w locie mew, tych lilii mojego patrona,
a także wśród pinus nigra i sambucus nigra kosów i srok,
pokrzewek, dzwońców i zięb, krzyków pawi,
który zawraca między glacjały,
dżdżownic i żuków gnojaków, co jednają mnie z ziemią);
i za to niebo z anilionowej farbki do prania
w baliach z dzieciństwa,
niebo zanoszące się obłokami nad kurortem
tak wysoko i dwornie,
niezastąpiony kompres żagwiącej mej głowy –
– – – wybacz, albo przyjmij, że wiem, iż pojmujesz
bo chyba taką naturę posiada Świetlisty
Za noce ze zmarłymi odtrwaniane – Ojciec, Bruno i Sted –
gdzie tylko małoodporna szyba wieczności dzieli nas od siebie,
ot, zwykła szybka alarmowa, którą wystarczy zbić;
że i na mnie skacze płonący tygrys rozdzieranych krajobrazów,
i słyszę ryk i krew i dławi mnie bezwzględność ludzi głodnych,
a zwie się to „ugwieżdżeniem historii”,
a zapobiec nie umiem,
a na puszczy gadałem dwadzieścia pięć lat –
– – – wybacz Ty, coś lękiem i intuicją nas obdarzył
nie dając go wilkom ni dębom,
lub wydzielając jak poczęstunek chłopom ze szarwarku
co panięta na powiatowy przywieźli bal.
Że najlepszych swych lat, niby wiązki mięśni, jelit i szmat,
po wiadomej eksplozji (a tak i jedynie jestem polski),
z krzewów wersów i literackich transzei i trawersów
nie pozbieram –
– – – wybacz Ty, o Którym tyle wiem, że
więcej niż ja rozumiesz mnie,
a sondy Twoje, gdy zapuszczasz,
boleśnie czuję
w głębokościach moich niezmierzonych.
Wybacz mnie, który wierność martwemu morzu zaprzysięgłem,
morzu, co „odwraca stronice brzegów”,
a księga dobiega już końca;
morzu cywilizacji jak za czasów Solona,
której co dnia słońce ostatni przesyła blask;
wszystkim odeszłym ode mnie ludziom i zwierzętom,
roślinom i sprzętom,
reakcjom codziennym, formułom foremnym –
– – wybacz za mnie, przeze mnie i dla mnie.
Bo za to, że zdychałem, podnosiłem się i padałem,
ustalony w genach i Twojej szczodrobliwości,
i że znam rynsztoki, ambony, barłogi i trybuny,
sferę seksu i zonę alkoholu, upokorzenia i ekspiacje,
i że więcej niż w chrześcijańskich misteriach
naznaczyłeś memu pokoleniu krzyżowych stacji
(a na końcu jestem) –
– – – ja Ci Panie zawsze, zawsze wybaczam.
Tężniopolis, czerwiec 1981
Himmelkommando
Zarosły
wokół pręty deszczu
Skała
świeci dalej
w
mokrej skórze tygrysa
Chrystus
przebiegł pod oknem
Za
ilu już zwierciadłami jestem
Od
tamtej chwili
Kiedy
oczy rozpostarły przestrzeń
na
wypełnienie kolorów
Kiedy
wyschły palce
bo
spłynęły do traw
miękkość
i szorstkość
i
opuściły mnie wszystkie głosy
zachcianki
i sprzeciwy
po
pnączach żył zbiegłe ku miastu
…a
tam na słonecznych sznurach
coraz
niżej opuszcza się Atlantyda
choć
kolory są lekkie że odstają od przedmiotów
i
wonie jak zwierzęta łagodnie stąpają ku rzężącym
Więc
rozerwałem deszcz
aby
wstąpili we mnie z powrotem
lecz
tylko wyległy na balkony
świeżo
ścięte tulipany poduszek.
Janusz Żernicki w oczach innych:
Także rozluźnienie struktur
obrazowo-semantycznych nie szło wcale dalej niż np. u Stanisława Swena
Czachorowskiego. Nawet to, co Sławiński nazwał światem w „stanie rozprysku” nie
inaczej wyglądało w wierszach Stanisława Czycza. Kłopot, jak się wydaje,
polegał na tym przede wszystkim, że to, co winno pozostać rozłączone w
przypadku Żernickiego tworzyło system, którego struktura – przy użyciu
kategorii funkcjonalnych dla poetyk zastanych – pozostawała nieuchwytna. Mętrak
napisze wręcz: „Założeniem Żernickiego jest brak założeń: wolnosłowie”. Inaczej
mówiąc, spójność wizji budowanych przez te wiersze byłaby jedynie pozorem
koherencji. „Świat, z którego wybiera poeta jest niby jednorodny, bo począł się
w nim samym, jednostce nieredukowalnej do porządku transcendentnego ani do
porządku immanentnego, ale Żernicki wyraża coś więcej: nie można złożyć żadnej koherentnej
całości ze swoich przeżyć”.
A. K. Waśkiewicz, Posłowie, [w:] J. Żernicki, Wędrowiec
w jednym sandale, Bydgoszcz 1985, s. 225-226.
Sztandarowy wiersz Żernickiego, czytam po latach i widzę ile tu przewidzeń poety, uniwersalizmów. Zawsze będą aktualne,nawet kiedy i nas nie będzie, znajdą się tacy jak Samsel i Schodowski, którzy nie tylko koniec własnego nosa widzą, potrafią docenić, przypomnieć wielkich, którzy byli przed nimi.
OdpowiedzUsuńJBZ
kuşadası
OdpowiedzUsuńmilas
çeşme
bağcılar
siirt
UBZZX