poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Arnold Słucki (1920-1972)


Portret A. Słuckiego Krzysztof Schodowski
                Był wychowywany na rabina. W tym celu z dala od rodziny ukończył seminarium nauczycielskie i podjął naukę w Instytucie Judaistycznym. Jacek Bocheński zaświadczał, że „chował się w rodzinie biednych, ale bardzo prawowitych Żydów”. Dodawał przy tym: „Z tego, co mi opowiadał, wnioskuję, że prócz języka żydowskiego słyszał jeszcze od swego najbliższego otoczenia język rosyjski. Bądź co bądź z tymi dwoma językami stykał się najczęściej. Polski znał oczywiście, ale znał go bardzo źle”. Gdy nadszedł czas buntu przeciwko żydowskiej ortodoksji, Słucki zasilił szeregi Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Dalsze lata potwierdziły jego wybór: w 1943 r. wstąpił jako ochotnik do Armii Czerwonej, następnie dołączył do I Armii Wojska Polskiego. „Wydawał się trochę szaleńcem – przyznawał z zażenowaniem Bocheński – w środowisku literackim przezwano go niemal od razu prorokiem. Był samą żarliwością i chodzącym natchnieniem. Choć zapalczywy i nieprzejednany, nie był jednak w tamtych groźnych czasach niebezpieczny, a przecież mógł być”. Ryszard Matuszewski przyznawał wprost – Słucki w tamtych czasach pełen był niewysłowionego uroku: „Ktoś kiedyś powiedział, że gdy Arnold zapala się przemawiając, to zaczyna lewitować. Żart się przyjął. Wystarczyło, by w trakcie dyskusji zaczął gniewnie marszczyć brwi, toczyć roziskrzonym wzrokiem i formułować jakieś niezupełnie jasne groźby i przestrogi, a natychmiast wymienialiśmy porozumiewawcze spojrzenia, które znaczyły : o, już lewituje, jeszcze chwila, a zacznie lekko, leciutko unosić się w górę”.
                Po 1968 roku podzielił los „klasyków uciekających”, jak gorzko skwitował w jednym z liryków. Mijała dokładnie dekada od wydania przełomowego dla Słuckiego tomu wierszy zatytułowanego Dzwony nad Wisłą, który niemal natychmiast uznano za echo Norwidowskiego Vade-mecum. Poeta, któremu zakneblowano usta, postanowił odejść z uznaniem własnego błędu i osiedlić się w Izraelu: „Zrozumiałem, gdzie jest moje miejsce. Oni mnie wypędzają, ale ja zrozumiałem” – powtarzał podczas jednej z rozmów Bocheńskiemu. Z listów, które słał potem przyjacielowi, wynikało jasno: „Ziemia Obiecana okazała się jeszcze raz światem złym, niesprawiedliwym i niewdzięcznym. Wybuchły konflikty ze środowiskiem, instytucjami i osobami prywatnymi”. Umarł 15 listopada 1972 roku, w trakcie odbywania stypendium w Berlinie Zachodnim, „oczekując na wiadomości z Warszawy”. A przecież – wskazywał Matuszewski – był „symbolicznym wcieleniem owego nieistniejącego już dziś, płonącego, szalonego, zasupłanego wokół siebie, polskiego <<Szagalewa>>, którego prochy dawno rozwiały wiatry”. Nie inaczej opowiadały o Słuckim kobiety-pisarki: „człowiek to <<pamięć obleczona w skórę i kości>>” – notowała na jego temat Anna Kamieńska – „<<czarna pętla>> jak czarna nić norwidowa wplata się w wiersze, a on dźwiga w sobie dalej tę swoją <<zawstydzoną mądrość>>”. 


KS

Por. 

        A. Kamieńska, Ziemia w płomieniach, "Twórczość" nr 3/356, marzec 1975.
        J. Bocheński, O Arnoldzie Słuckim, "Literatura" nr 51/52 z 18-25 XII, 1980. 
        R. Matuszewski, Słowo wstępne, [w:] A. Słucki, Biografia anioła, Warszawa 1982.



Tworzywo

             Dziadek mój, okładając kark pijawkami, nie wiedział, że bytują naprawdę - w nim, w ciele, w trzewiach; ze szklanki mieniącej się w porannym blasku.

               Ale najpierw był połów na rzece, której Bóg już dziś nie pamięta, a czyż ów Nihil cokolwiek kiedy pamiętał? - był, jak bywają pijawki w wielkiej wodzie i tylko w ciasnocie jest, kiedy poczuje na przykład wokół siebie szkło, głuche szkło ćwierćlitrowego słoja.

          Słojem był dziadek, słojem z żywymi pijawkami w słońcu. Trzeba było tylko wyjść na ogród, naprzeciw tego okna, gdzie stał wśród butli. Zdawało się, że z całą zawartością ruszy na wiśnie w cukrze, renklody, ale on znał swoją granicę w świetle, czego nie przewidywał akt stworzenia. Ale uczyniło to szkło, a więc zaśpiewał dziadek psalm do piasków i sam był harfą, Dawidowym instrumentem, w którym pląsało żywe mięso, szare, bezkształtne jeszcze. Szukałem tego okna (wielkie powietrze było puste po latach), przywołując tę przezroczystość, z której się wywodzę - do dnia świetlistego.

Z tomu: Biografia anioła, 1982






Ręka

Ta ręka nieludzka, pozłacana, jak ikona nad pościelą - do czego zmierza?
Ta sfora palców z dzwoneczkami żył, aluzje pigmentu, lampa i miedź. Blaski wypełzają z nich jak dusza sędziego na metal, który uroczyście wie, świecąc, i już cały należy do kształtu,
całe myśli stawia.
Ta ręka rozwarta jak usta, uwita z sierści, osłupiała. Do kogo się wyciągasz, ręko, komu znak, milczenie, samotność większa od nas o rękę, która cofa się?
To była gra dotyku z niewidzialnym, opór, co zniesławiając nas, zabija.

Z tomu: Requiem dla osła, 1982

Z tomu: Biografia anioła, 1982

Apoteoza 

Kto to nam otwiera czasy i pojęcia? Nożem, jak puszkę konserw z Lend-lease'u? Już wszystkie kolory khaki spłowiały w stepach, poprzerywanych oceanami.
                                                                    Atomowy
poduszkowiec sunie falą morza, przewożąc ten oto biały, niekończący się list z podobizną archanioła na znaczku. Wszystko ogranicza się do terenu technologii: krzesanie materii o świcie i suszenie tablic wieczorem. I oto paruje formuła, szerokim fartuchem osłania Gwiazdy i Ziemię. Jak budować, gdy tyle zaklęć nas rozdziela. Tyle cegieł na nierzeczywistych placach, bezbarwny plankton nieba wprawia nas w drżenie. 

Z tomu: Biografia anioła, 1982

Arnold Słucki w oczach innych: 

"Czy musiał w roku 1968 emigrować? Oczywiście nie musiał i dziś wiemy lepiej niż wtedy, że kto potrafił przeciwstawić się presji, ten nie musiał. Ale Arnold był przekonany, że nie tylko musi, lecz w dodatku powinien, skoro żądają, by wyjechał. Czy właśnie od niego żądano wyjazdu bardziej niż od innych osób? Był tego absolutnie pewien. Nigdy może nie sprawdzimy, czy opierał się na dość realnych przesłankach, czy też w jego wrażliwej wyobraźni przesłanki te stały się czymś większym, niż byłyby dla kogokolwiek innego. Nie brał w każdym razie pod uwagę myśli, że imperatywowi emigracji (zewnętrznemu czy wewnętrznemu) mógłby się sprzeciwić. Czuł się wygnańcem, lecz zarazem czuł się powołany do wyjazdu, jakby to było jego obowiązkiem moralnym i przeznaczeniem. 

J. Bocheński, O Arnoldzie Słuckim, "Literatura" nr 51/52 z 18-25 XII, 1980. 

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...