niedziela, 26 sierpnia 2012

Zygmunt Jan Rumel (1915-1943)

Portret Z. Rumla, Piotr Mosur


Rozerwane końmi ciało „sąsiada Beniowskiego”, jak określiła Zygmunta Jana Rumla Anna Kamieńska, zostało złożone do zbiorowej wołyńskiej mogiły w środku lata 1943 roku, w przededniu rzezi. „Nasza pierwsza zima na Wołyniu 1942 roku” – opowiadała Anna Rumlowa – „była wyjątkowo ostra. Jeszcze w marcu trzymały mrozy. Mieszkaliśmy w izbie, gdzie podłoga była z gliny, a trzy ściany szczytowe… Nocą po wygaśnięciu piecyka, tzw. kozy, izba przemieniała się w komnatę <<królowej śniegu>>. Odkrywałam wtedy w Zygmuncie wspaniałe poczucie humoru na co dzień i niezmąconą pogodę ducha, która nie opuszczała go w najbardziej dramatycznych momentach. Wstawał bardzo wcześnie, o piątej rano. Były to jedyne godziny przeznaczone na pisanie – oczywiście jeżeli mógł pozostać w domu”. W styczniu 1943 roku Rumel został obwołany Komendantem Okręgu VIII (Wołyń), w którym miał organizować emisariat z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA) i partyzanckie oddziały samoobrony. Decydowało doświadczenie: wcześniej  przebywał w Warszawie, gdzie na placu Narutowicza koordynował punkt łączności, następnie zaś – w latach 1940-41 – sprawował pieczę nad drukarnią Batalionów Chłopskich, dla której wewnątrz sklepu z naczyniami kuchennymi zorganizował miejsce kontaktu. Rumlowa zwykła się dzielić znaczącym wspomnieniem z jednego z warszawskich wieczorów konspiracyjnych, na którym pojawił się sam Leopold Staff, aby zaopiniować twórczość młodego społecznika: „Niech pani chroni tego chłopca” – ostrzegł autor Barwy miodu – „to będzie wielki poeta”.  

Zygmunt wychował się w majątku rolnym pod Wiśniowcem, pod troskliwym okiem ojca, Władysława, oficera Wojska Polskiego i matki, poetki wołyńskiego salonu zwanej Lilianą, czyli Janiny z Tymińskich. To na swój sposób zadziwiające: syn Liliany, wychowanek i działacz Liceum Krzemienieckiego, sprzeciwił się miłościom matki, wypowiadając wojnę poezji galanteryjnej międzywojnia, którą zdążył poznać i znielubić. W jego wypadku zwrot inspiracji literackich sięgnął aż wiek wstecz: „Można by powiedzieć” – ryzykuje postawienie zdania Anna Kamieńska – „że jest Rumel ostatnim może poetą romantycznej szkoły ukraińskiej w poezji polskiej. Zaliczano do niej Antoniego Malczewskiego, Seweryna Goszczyńskiego, Bohdana Zaleskiego, Czajkowskiego-Paszę, a także młodego Słowackiego”. Bożena Górska, określając rodowód poetyk rumlowskich, wskazywała aż cztery tradycje literackie: Słowackiego, Norwida, Staffa i Leśmiana. „Norwid śnił mu się też po nocach” – wskazywał Iwaszkiewicz i dodawał przy tym w komentarzu z „Życia Warszawy” z 16 listopada 1975 roku: „Spośród wielu, którzy mogli zostać ozdobą naszej literatury i zgubili się w wojennym tłoku, jeszcze po tylu latach od czasu do czasu wynurza się sylwetka nieznanego poety. Jak duch zmarłego prosi o <<gorczyczne ziarno>> wspomnienia, ucieleśnia się z wolna, nabiera cech życia”.


KS


Por. 
       A. Kamieńska, Wstęp i Nota biograficzna, [w:] Z. J. Rumel, Poezje wybrane, Warszawa 1978.
       J. Iwaszkiewicz, Jeszcze jeden, "Życie Warszawy" 16 listopada 1975.
       B. Górska, Krzemieńczanin, Warszawa 2008.
       J. Gmitruk, Zygmunt Rumel. Żołnierz nieznany, Warszawa 2009. 

 

Ballada o ulicy Słupeckiej

Maji Walterowej

Na ulicy Słupeckiej –
na ulicy pijanej
błądzi księżyc jak dziecko
i tynk łupie po ścianach – –

Biegną schody w poddasza –
chodnik rynny potrąca –
jezdnia dudni jak blacha –
ot tak – chyba niechcący – –

Hen na czwartym pięterku –
kolebeczka – pokoik
tekturowe pudełko
wypełnione napojem – –

Drzwi pukają a zegar
senne liczy miesiące –
szafa płynie jak pegaz
pewnie – ot tak – niechcący – –

Jest skobelek i klamka –
w torebeczce ślad mąki
a w pudełku Ordonka
co sprzedaje fijołki – –

Jest i pani jak likier –
co ma oczy milczące
i nie kocha się w nikim –
ot tak – chyba niechcący – –

Jeden z czołem wysokim –
co „pa Wołgie” wciąż świstał
kieliszeczków głębokich
pije jeden plus trzysta – –

Jest i drugi co błyska –
włosem bladogorącym
lecz dziesiąty go dobił –
pewno – pewno – niechcący – –

Na ulicy Słupeckiej –
na ulicy – mój Boże –
księżyc spił się jak dziecko
wziął latarnię za rożen – –

A pod dachem kolebka –
pudełeczko skrzypiące –
gdzie malutka Lusieńka
rzewnie płacze – niechcący – – –  

1941


Obrazki jesienne

Nad jesiennymi ulicami –
W mroku jesiennym rozwieszone –
Trupy się chwieją – nad trupami
Wiatr z drzew ogarnia liście złote…

Nad jesiennymi ulicami –
W mroku jesiennym rozwieszone –
Trupy wiązane powrozami –
Na wietrze chwieją się rzędami…
Wiatr je ogarnia w liście złote –
Ponurym śmierci kołowrotem.
W macki potworne rozpoczwarnia –
I w liście – w liście je ogarnia…
Nad jesiennymi ulicami…

Mrokiem pełzają potwornice,
Plugawopełgłe ośmiornice –
Pająkorękie i stonogie –
Gadziorobacze – wielomnogie.
U oczu gardeł się zwieszają –
I ssą – zsysają – wysysają –
I polipami rozrastają…

Nad jesiennymi ulicami –
Mrokiem jesiennym rozwieszone –
Trupy się chwieją – nad trupami
Wiatr z drzew ogarnia liście złote…

20.10.1942

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...