STEFAN OTWINOWSKI (1910-1976)

Ca艂e doros艂e 偶ycie sp臋dzi艂 w Krakowie, ca艂e doros艂e 偶ycie zwi膮za艂 z krakowskim 偶yciem literackim w sensie dos艂ownym i „呕yciem Literackim”, kt贸re wsp贸艂tworzy艂 i wsp贸艂redagowa艂. Kocha艂 stare, male艅kie apteki, prowincjonalne miasteczka i cz臋sto mawia艂: „U nas, w Kaliszu”, cho膰 to „u nas” trwa艂o zaledwie pi臋膰 lat.

J脫ZEF BUJNOWSKI (1910-2001)

Mia艂 22 lata, gdy w za艂o偶onej przez siebie „Smudze”, periodyku studenckim Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie debiutowa艂 artyku艂em o tytule „Problem motywu”. Doktorat J贸zef Bujnowski uzyska艂 w pami臋tnym roku 1956. Praca napisana pod kierunkiem profesor贸w Manfreda Kridla i Zygmunta Lubicz Zaleskiego dotyczy艂a kompozycji utwor贸w dramatycznych Stanis艂awa Wyspia艅skiego.

艁UCJA PINCZEWSKA-GLIKSMAN (1913-2002)

艁ucja Gliksman nosi w sobie ca艂膮 nowoczesn膮 tradycj臋 wiersza polskiego, od Mickiewicza i Ujejskiego poczynaj膮c, na Kasprowiczu za艣 i szczeg贸lnie ulubionym Tuwimie ko艅cz膮c. Jej utwory s膮 precyzyjnie przemy艣lane i sugestywnie zrobione (...)

BEATA OBERTY艃SKA (1898-1980)

Kameleon? Lwowskie dzieci艅stwo i m艂odo艣膰 przetykane rodzinnymi wyjazdami Maryli i Wac艂awa Wolskich do Portugalii, W艂och i Francji. Jak podaje biograf, „w 1933 roku zda艂a egzamin w Pa艅stwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i do 1937 wyst臋powa艂a w Teatrach Miejskich we Lwowie”.

SEZON PIERWSZY: PODSUMOWANIE

Pierwszy sezon zostanie zapami臋tany jako wyj膮tkowy jeszcze z jednego powodu: przyni贸s艂 ze sob膮 wyj膮tkowe wydania dzie艂 dw贸ch autorek ocalaj膮ce ich spu艣cizn臋 tw贸rcz膮. Pierwszym z nich by艂y „Listy do Seweryna” Wandy Karczewskiej, drugim – „Drzwi otwarte na nico艣膰” Melanii Fogelbaum.

ANDRZEJ KRZYSZTOF WA艢KIEWICZ (1941-2012)

Mo偶na powiedzie膰, 偶e w trzech dekadach (1960-1980) AKW, przy wsp贸艂udziale Jerzego Leszina-Koperskiego, okaza艂 si臋 jednym z najbardziej efektywnych animator贸w, kronikarzy i interpretator贸w kultury studenckiej oraz m艂odej polskiej poezji – w jej kolejnych, wst臋puj膮cych rocznikach. By艂 Henrykiem Berez膮 nowej liryki.

WINCENTY R脫呕A艃SKI (1938-2009)

R贸偶a艅ski - poeta prowincji jak Mickiewicz, Mi艂osz, m贸wi膮cy, wprost, ale nie na tyle, aby czytelnik wychodzi艂 z jego wierszy z niczym, przeciwnie, mimo klarownego j臋zyka jest w tej poezji podsk贸rna tkanka wymagaj膮ca odr臋bnej interpretacji, wysi艂ku erudyty, znawcy artyzmu znajomo艣ci ukrytego p臋dzla, kt贸rym pos艂uguje si臋 poeta.

RYSZARD BRUNO-MILCZEWSKI (1940-1979)

Przypadek Ryszarda Milczewskiego-Bruna nie by艂by tak wyrazisty i przejmuj膮cy, gdyby nie jego osobny talent j臋zykowy. On my艣la艂 i czu艂 j臋zykiem osobnym, umia艂 dla swojej ekspresji znale藕膰 nowy wyraz, intuicyjnie odnaleziony w potarganej strukturze j臋zyka, kt贸r膮 my ulizujemy w naszym ulizanym 偶yciu.

KAZIMIERZ FURMAN (1949-2009)

Ostatni tom "Brzemi臋" stanowi szczere podsumowanie 偶ycia poety. „To gorzka ksi膮偶ka – wyznaje w ko艅cu Furman – le偶a艂a w szufladzie trzy lata. Grzeba艂em co jaki艣 czas w niej, dodawa艂em, a偶 wyda艂em. To wyb贸r z kilkudziesi臋ciu lat. Jest tam jaki艣 rachunek sumienia, jest wadzenie si臋 z Bogiem (S艂owacki mnie podpu艣ci艂).

WANDA KARCZEWSKA (1913-1995)

Trudno sprecyzowa膰, w kt贸rym momencie uznano pisark臋 za „plebejskiego astrologa” – jak Stanis艂awa Swena Czachorowskiego okre艣li艂 niegdy艣 Jan Marx – sytuuj膮c jej dzie艂a w grupie utwor贸w sprowincjonalizowanych, hermetycznych i kobiecych.

STANIS艁AW SWEN CZACHOROWSKI (1920-1994)

Nie mam w艂asnego mitu – zdradza艂 Czachorowski i niemal natychmiast t艂umaczy艂 – samokrytyka: jest wsp贸艂czynnikiem talentu. Warto艣膰 jej wyst臋puje proporcjonalnie do warto艣ci innych sk艂adnik贸w – inteligencji, wynalazczo艣ci, wra偶liwo艣ci, dobrego smaku, silnej woli, samozaparcia i odwagi.

ANDRZEJ BABI艃SKI (1938-1984)

Poeta tragicznego 艂adu, utalentowany, st艂amszony przez w艂asn膮 niedoskona艂o艣膰, gotuj膮cy si臋 na 艣mier膰, zmierzaj膮cy ku niej 艣wiadomie. Tu i 贸wdzie czytam podobne wywody, zas艂yszane, przeinaczane, deformowane na po偶ytek mitu, sensacji i poczytno艣ci periodyku, portalu internetowego. Mit Babi艅skiego oscyluje pomi臋dzy prawd膮 i nieprawd膮.

JANUSZ 呕ERNICKI (1931-2001)

„Rozpoczyna艂em jako belfer na warmi艅skiej wiosce” – wyja艣nia Marxowi poeta i do艂膮cza – „By艂em te偶 rybakiem, a偶 do po艂amania r臋ki”. I niech to wystarczy za prowizoryczne usprawiedliwienie: „Urodzi艂em si臋 w miasteczku Ciechocinek na Kujawach. Wielokrotnie pr贸bowa艂em st膮d ucieka膰.

MELANIA FOGELBAUM (1911-1944)

Nie ma najmniejszej w膮tpliwo艣ci, 偶e stracili艣my poetk臋 o ogromnym talencie, oryginaln膮 i wci膮偶 wart膮 upowszechnienia. Jedn膮 z tych nielicznych w owych czasach, kt贸ra przynale偶膮c do swojej diaspory, pisa艂a swoje wiersze po polsku.

ZUZANNA GINCZANKA (1917-1944)

Czy rosn膮 jakie艣 kwiaty na bezimiennym grobie Zuzanny, rozstrzelanej tylko dlatego, 偶e nale偶a艂a do rasy hebrajskiej? Nie uczyniono dla niej, dla jej m艂odo艣ci, urody i poezji 偶adnego wyj膮tku. Niekiedy zastanawiam si臋, o czym m贸g艂 my艣le膰, je偶eli w og贸le my艣le膰 by艂 w stanie, 贸w germa艅ski knecht, gdy wpakowa艂 kilka kul z rozpylacza w pi臋kne cia艂o Zuzanny?

ZYGMUNT JAN RUMEL (1915-1943)

Wstawa艂 bardzo wcze艣nie, o pi膮tej rano. By艂y to jedyne godziny przeznaczone na pisanie – oczywi艣cie je偶eli m贸g艂 pozosta膰 w domu”. W styczniu 1943 roku Rumel zosta艂 obwo艂any Komendantem Okr臋gu VIII (Wo艂y艅), w kt贸rym mia艂 organizowa膰 emisariat z Ukrai艅sk膮 Powsta艅cz膮 Armi膮 (UPA) i partyzanckie oddzia艂y samoobrony.

STEFAN NAPIERSKI (1899-1940)

W 艣rodowisku literackim znany by艂 jako Marek Eiger. Rozstrzelano go w Palmirach – Seweryn Pollak i Jerzy Andrzejewski za艣wiadczali niemal jednym g艂osem: krzycza艂 w „budzie” doje偶d偶aj膮cej na miejsce egzekucji. „Nie mog臋 go sobie wyobrazi膰 w wi臋zieniu na Pawiaku”, dodawa艂 ten pierwszy.

ARNOLD S艁UCKI (1920-1972)

„Wydawa艂 si臋 troch臋 szale艅cem – przyznawa艂 z za偶enowaniem Boche艅ski – w 艣rodowisku literackim przezwano go niemal od razu prorokiem. By艂 sam膮 偶arliwo艣ci膮 i chodz膮cym natchnieniem. Cho膰 zapalczywy i nieprzejednany, nie by艂 jednak w tamtych gro藕nych czasach niebezpieczny, a przecie偶 m贸g艂 by膰”

poniedzia艂ek, 24 wrze艣nia 2012

Stanis艂aw Swen Czachorowski (1920-1994)


Portret S. Czachorowskiego
Piotr Mosur
       „Czuj臋 si臋 jak p臋dzony przez satanicznego przewodnika przez wszystkie muzea 艣wiata. Paranoja erudycji. Piek艂o nowoczesnej sztuki. Ale nie dosy膰 tego – ucina艂 moment os艂upienia rozgor膮czkowany Jan Marx – 艣led藕my wi臋c dalej rozmigotany kram z r贸偶no艣ciami Swena: malarze dawni, muzycy dawni i wsp贸艂cze艣ni, atom, mezony, astronautyka, loty kosmiczne, astronomia, czasoprzestrze艅, relatywistyka – a obok tego stragan odpustowy z kogutkami, figurkami, seryjnymi dewocjonaliami. 艢wi膮tki, straszyd艂a, zmory, duchy. Ten kram jest jak <<sen papugi o pawiu zwariowanym>>”.

Umizgi paranoika, dodawali z niesmakiem ci, kt贸rzy – podobnie jak Marx – zmuszeni byli przej艣膰 przez piek艂o „autogilotynek” i „kl臋cznik贸w orio艅skich”. Micha艂 Siewkowski zauwa偶a niemal bez 艣ladu zaskoczenia: „W nowej ksi膮偶ce Stanis艂awa Burkota o literaturze polskiej nie znajdziemy wzmianki o tw贸rczo艣ci Czachorowskiego”. Podobny brak daje si臋 zauwa偶y膰 w monografii Anny Lege偶y艅skiej i Piotra 艢liwi艅skiego z 2000 roku (Poezja polska po 1968). Jako jedyny z komentator贸w Czachorowskiego, wskazuje Siewkowski na barokow膮 proweniencj臋 jego dykcji literackiej, zw艂aszcza na wp艂yw De perfekta poesi Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, popularnego tak偶e w艣r贸d tw贸rc贸w Orientacji. „Sarbiewski by艂 bodaj pierwszym, kt贸ry w stosunku do poety u偶y艂 s艂owa creat – tworzy; on pierwszy odwa偶y艂 si臋 poet臋 nazwa膰 stw贸rc膮” – jak u艣wiadamia艂a na 艂amach „Poezji” w 1977 roku Jadwiga Kotarska.

Nie tylko jednak echo Sarbiewskiego, lecz tak偶e trop Osterwy ulega w sercu „plebejskiego astrologa” kosmicznej deformacji. Czachorowski – jak wskazywa艂a Jadwiga Bandrowska-Wr贸blewska – „po wyzwoleniu uko艅czy艂 studia teatralne w Krakowie, pod kierunkiem Juliusza Osterwy. Zwi膮zany by艂 z za艂o偶on膮 przez niego grup膮 teatraln膮 <<Dal>>, z kt贸r膮 wsp贸艂pracowa艂 do 艣mierci wielkiego aktora”. Po wydaniu przez Swena tomu wierszy pt. Planeta cykuty (1966), Piotr Kuncewicz podj膮艂 jedn膮 z najbardziej udanych pr贸b okre艣lenia 艣wiatoobrazu poety: „jest on wewn臋trznie rozbity i celowo napi臋ty – kojarzy i j膮trzy kategorie, z ich starcia wypowiada wiersz”. Czy by艂aby to pr贸ba polskiej dekonstrukcji barokowej harmonii sprzeczno艣ci? Czy raczej to nieopanowane „stado psychicznych usi艂owa艅” okaza艂oby si臋 tylko wyodr臋bnionym, literackim przek艂adem Osterwowskich zasad organizacji 艣wiata aktorskiego?

„Nie mam w艂asnego mitu – zdradza艂 Czachorowski i niemal natychmiast t艂umaczy艂 – samokrytyka: jest wsp贸艂czynnikiem talentu. Warto艣膰 jej wyst臋puje proporcjonalnie do warto艣ci innych sk艂adnik贸w – inteligencji, wynalazczo艣ci, wra偶liwo艣ci, dobrego smaku, silnej woli, samozaparcia i odwagi. Epigonom zazwyczaj wystarcza posiadana, w r贸wnej mierze, co spryt i zdolno艣ci na艣ladowcze, umiej臋tno艣膰 w ocenie prekursora”. „Swen zrobi艂 na mnie niesamowite wra偶enie – opowiada艂a Irena Pudil we wspomnieniach o poecie – szczup艂y, niewysoki, z wydatnym nosem i p艂omiennymi oczami – ca艂y gra艂. W艂osy, r臋ce, gestykulacja. Rozmawia艂, jakby recytowa艂, jakby by艂 na scenie i sprawdza艂 wra偶enie, jakie robi na widowni. A robi艂 na wszystkich. Dominowa艂 w ka偶dym towarzystwie. Nieraz w spos贸b dokuczliwy. By艂 apodyktyczny, zach艂anny, zmienny w nastrojach. To pe艂en patosu, to bez humoru. 艁atwo go mo偶na by艂o urazi膰. Swen fascynowa艂, ale d艂ugo po nim trzeba by艂o odpoczywa膰. Potem zn贸w do niego gna艂o. Prychaj膮cy i szarpany przez nerwowe tiki, gdy gra艂, zmienia艂 si臋. Czyta艂 swoje wiersze i wszyscy truchleli, 偶e za g艂o艣no oddychaj膮”.

KS

Por.

             J. Bandrowska-Wr贸blewska, Nota oraz J. Marx, Plebejski astrolog, [w:] S. Swen Czachorowski, Poezje wybrane, wyboru dokona艂 K. G膮siorowski, Warszawa 1987.
                  M. Siewkowski, Poetyckie 艣wiaty Stanis艂awa Swena Czachorowskiego, Toru艅 2004.
          T. Kali艣ciak, Stanis艂aw Swen Czachorowski, czyli jarmarczny kr贸l 偶ycia”, [w:] tego偶, Katastrofy odmie艅c贸w, Katowice 2011

tryptyk wszech

I.                     nic wszechakordu

nie mam
tak bia艂ych prze艣cierade艂
by uniewinni膰 wasz膮 twarz

kt贸rzy ci艣ni臋ci
z k艂臋bem spiral
w korzeniu gliny p艂acz grzebiecie

pier艣cie艅 orbity i 藕renica
w niej martwa ska艂a z nagim bogiem

tak by艂a hellad czarodziejka
na wzg贸rzu fletni
czas p艂on膮ca

nad p艂askim dachem hierusalem
uda samsona krzew krzy偶owa膰

kamienny memnon w piaskach szlochu
cisz jerycho艅skich
r贸偶臋 pr贸szy艂

figo
ja nie znam mej nago艣ci
i przeciw wiatrom
oszala艂y
z艂otego cielca w siebie krzycz臋

ile oliwek dobrych d艂oni
ma艂膮 arachne
z 艂ez ratuje

tak przestrze艅 krok贸w
w niesko艅czono艣膰
nic bezustannie nie przemija

II.                    zapalenie 艣wiecznika

i mo偶na tak podpali膰 ziemi臋
jak 膰ma
zapala noc skrzyd艂ami

i mo偶na
cztery strony skrzypiec
dochodzi膰 blade na艂o偶nice

i mo偶na 偶ywe ko艣ci str膮ca膰
z tarpejskich ska艂 kadencji bytu

w epokach chimer i symboli
艂atwiej
ni偶 moc膮 skojarzenia
chocia偶 s膮 艣wi臋te siostry Nilu
c贸偶 brat
na g艂adkiej 艣cianie pieca

tak cicho
mo偶na okre艣li膰 – serdecznie
przybli偶a suma cie艅 spirali

w kosmosie r贸wna艅
bry艂 i 艣wiat艂a
krzy偶uj膮 czasu niewiadome

dwie r贸wnoleg艂e
je艣li znacz膮
to ile
d艂o艅 nie u艣ci艣ni臋ta

jak rozkosz
je艣li skrzy偶owane
w tej samej kuli zgas艂y oczy

dziewcz臋ta ca艂o
z 艂odygami
zwi臋d艂y po偶贸艂k艂e w swych flakonach

w bezkresnych gongach
do omy艂ki
wiruje prawo brzmi膮cych bram

c贸偶 czterej je藕d藕cy
dy偶uruj膮
w liberiach dnia ostatecznego

kadr pod stygmatem opatrzno艣ci
w miliardy spiral galaktycznych
wgryza si臋 szary kornik my艣li

dziesi臋膰 mandali
pl膮cze soma
na uroczysty p臋pek rzeczy

sze艣膰 r膮k opada jak muzyka
t臋dy zakrzywia si臋 nirwana

pozw贸lcie cie艅 bia艂ego d偶ina
pod tob贸艂 z moim dnem wszechpr贸偶ni

pi臋t膮 proroka lakowany
ksi臋偶yc si臋 zeszkli艂a z艂ym wersetem

hurysy w grzybie atomowym
wpisuj膮 w koran zb臋dno艣膰 p艂aczu

sk艂amano kszta艂t na strunie – g –
sk艂amano form臋 – nic nie wiemy –
sk艂amano smaki bardziej wzgl臋dne

totem
w mg艂awicy Andromedy
kaba艂a liszk膮 czarnych globul

wyja艣ni膰 oto
偶e litera
brzmi brzmienie swego nic wsp贸艂brzmienia

jednak wyja艣ni膰
ile d艂oni
co noc opada
bez zjednania

III.                  jeszcze od harf

ego sum
jestem
przeciwkolwiek

je艣li mnie s艂yszysz
g艂os przenika
po strunach orbit
gam臋 trwania

mo偶e by r贸偶a wszechgranicy
przekwit艂a mity nas
wiosnami

je艣li mnie s艂yszysz
zbli偶 witra偶e
rozgrzeszam drwi膮ce manua艂y

bo je艣li cz艂owiek
brzmi muzyka
ego sum
jestem
struna brzmienia

je艣li zatrzyma膰 wielki 艂uk
gdzie nad gwiazdami alabastru
przestrze艅 przenika nasze skronie

odwalcie bia艂y kamie艅 g艂odu
spiralne jab艂ko z orbit rzeczy

po klawiaturach przy艣pieszenia
czas wystukuje
dokona艂o

s膮 po艣r贸d nas
m贸wi膮ce s艂o艅ca
pejza偶 z van gogha rozpryskany

i syte studnie ekosfery
s膮 harfy u wszechstron m贸wi膮ce

zatoczy膰 kwadrat
zliczy膰 kul臋
w tr贸jk膮tnym szepcie nieznanego

mo偶na mie膰 stopie艅
je艣li cz艂owiek
rozchyli stron臋 antyd藕wi臋ku

ja
mam to jedno
mikrociebie
moja malutkich 艂ez planeto
i cz艂ekokszta艂tny
s臋k wyci膮gam
z wszechgalaktycznej belki brzmienia

Warszawa, 9 III 1960

z tomu: Planeta cykuty, 1966


wtorek, 18 wrze艣nia 2012

Andrzej Babi艅ski (1938-1984)

Drogi redaktorze /infraza/
Wu

Jerzy Beniamin Zimny


        Od 艣mierci poety min臋艂o ponad 膰wier膰 wieku, okres ten przyni贸s艂 niewiele informacji na temat jego 偶ycia, ocen jego tw贸rczo艣ci, poza nielicznymi wzmiankami w opracowaniach krytycznych, wspomnieniami koleg贸w i znajomych. Nikt te偶 nie pokusi艂 si臋 o gruntown膮 ocen臋 jego poezji. W po艂owie lat osiemdziesi膮tych sam poeta, a tak偶e wiedza o nim nie zawsze prawdziwa oraz tragiczna, zagadkowa 艣mier膰 – wszystko uros艂o do mitu zamykaj膮cego usta na wiele lat tym, kt贸rzy mogli cokolwiek powiedzie膰 o warto艣ciach pisania Babi艅skiego. Trzeba tak偶e wzi膮膰 pod uwag臋 fakt, 偶e poeta by艂 rzadko publikowany za 偶ycia. Zmowa milczenia, zamykane przed nim drzwi redakcji literackich, pomijanie ze wzgl臋d贸w politycznych i manifestowana wr臋cz niech臋膰 do niego wielu decydent贸w. Wszystko to mia艂o wp艂yw na percepcj臋 czytelnicz膮, wiedz臋 o autorze, a tak偶e uniemo偶liwia艂o dotarcie do jego publikacji. Do艣膰 powiedzie膰, 偶e Babi艅ski debiutowa艂 bardzo p贸藕no, w cyklu Generacje, arkuszem pt. Z ca艂ej si艂y wydanym w niewielkim nak艂adzie. Podobnie Znicze, formalny debiut poety – mia艂 niewielki nak艂ad, kt贸ry bez problemu rozszed艂 si臋 w pozna艅skich ksi臋garniach.

           Niew膮tpliwie czas pojawienia si臋 Babi艅skiego jako poety nie by艂 mu sprzyjaj膮cy. Przypomn臋, 偶e by艂 to schy艂ek Orientacji, koniec lat sze艣膰dziesi膮tych i pocz膮tek Nowej Fali. Poezj臋 symbolu i kodu wypar艂a poezja deklaracji wprost. Babi艅ski bardziej zbli偶ony do Orientacji, napi臋tnowany romantyzmem, egzystowa艂 poza nurtem awangardy, minionej i mu wsp贸艂czesnej. Nie okrzykni臋to go osobnym zjawiskiem poza nielicznymi g艂osami, tolerowanie jego poezji by艂o bowiem wy艂amaniem si臋 z powszechnej cezury obowi膮zuj膮cej w redakcjach powa偶anych pism literackich. Niew膮tpliwie wywar艂o to dodatkowe pi臋tno na jego kruchej przecie偶 psychice, st膮d frustracja, demonstracje niech臋ci do lider贸w, prowokowane skandale w salonach, klubach itp. T艂umaczono to stanem jego zdrowia, ale w mojej ocenie by艂 to sprzeciw wyra偶ony przez cz艂owieka, kt贸ry m贸wi艂 wprost i by艂 szczery a偶 do b贸lu.

        Wra偶liwo艣膰 jako choroba? Te pytanie zadawa艂em sobie w przesz艂o艣ci i zadaj臋 dzisiaj. Po cz臋艣ci odpowied藕 znajduj臋 w poezji pisanej przez Babi艅skiego, ale nie tylko. W mrocznych czasach PRL-u wygodnie by艂o t艂umaczy膰 jego zachowanie, pomija膰 jako poet臋 i cz艂owieka. S膮dz臋, 偶e dzisiaj mia艂by on nale偶ne mu miejsce obok najwybitniejszych nazwisk, jednak偶e czas wymaza艂 to wszystko, co by艂o na tamten okres wybitne, lecz niewygodne, a przywr贸cenie tych pogrzebanych warto艣ci wymaga膰 b臋dzie jeszcze wielu lat, zanim idee romantyzmu, kreacja bohatera przegranego na poz贸r, osobowo艣膰 odpychaj膮ca – b臋d膮 tolerowane z punktu widzenia ich genezy i deklarowania warto艣ci uniwersalnych.

             Czy Babi艅ski by艂 romantykiem? My艣l臋, 偶e tak, cho膰 nie do ko艅ca, jego podmiot liryczny zdradza co prawda cechy bohatera romantycznego, lecz nie jest to bohater uwik艂any spo艂ecznie, nie jest to rycerz ani cierpi膮cy Werter, lecz Bard dotkni臋ty nieprzystosowaniem do rzeczywisto艣ci panuj膮cej, buntownik bez adresu, dla kt贸rego domem jest ziemia, miejsce tragicznego 艂adu i po艣miertnego odrodzenia w jakikolwiek spos贸b. Odpowied藕 znajduje si臋 w poezji, dla kt贸rej samo 偶ycie to za ma艂o. Poemat Nike i kilka innych wierszy sk艂ania mnie do tezy afirmuj膮cej Babi艅skiego jako romantyka. Bo w istocie przypisywano mu te cechy, t艂umacz膮c jego „bezimienno艣膰” stopniem trudno艣ci w percepcji czytelniczej. Pisano, 偶e ta poezja jest trudna, piekielnie trudna i 偶e mo偶na j膮 zrozumie膰 dopiero po wnikni臋ciu w 艣wiat samoudr臋czenia autora. Rimbaudowskie pi臋tno, kt贸rego ja nie dostrzegam nawet dzisiaj po latach, 艣ledz膮c poczynania obecnej awangardy si臋gaj膮cej po znamiona poezji kodu, symbolu, a tak偶e szeroko pojmowanego formulizmu.

           Poeta tragicznego 艂adu, utalentowany, st艂amszony przez w艂asn膮 niedoskona艂o艣膰, gotuj膮cy si臋 na 艣mier膰, zmierzaj膮cy ku niej 艣wiadomie. Tu i 贸wdzie czytam podobne wywody, zas艂yszane, przeinaczane, deformowane na po偶ytek mitu, sensacji i poczytno艣ci periodyku, portalu internetowego. Mit Babi艅skiego oscyluje pomi臋dzy prawd膮 i nieprawd膮. Prawd臋 znaj膮 nieliczni 偶yj膮cy z poet贸w, z bezpo艣redniego kontaktu, nieprawd臋 g艂osili ci, kt贸rym by艂o ona wygodna w tamtych czasach. Dzisiaj jest ona najcz臋艣ciej powtarzana, powielana – szczeg贸lnie w internecie. Co ciekawe, wpisy te traktuj膮 wy艂膮cznie o 偶yciu poety, jego kontaktach z otoczeniem, zawieraj膮 ciekawostki, sensacje, a nawet pr贸by charakterystyki jego osobowo艣ci nacechowanej pi臋tnem choroby i nieprzystosowania. Ma艂o si臋 m贸wi i pisze o jego poezji, rodz膮 si臋 jedynie wzmianki, do tego nie zawsze trafne. W tym dramacie niezwykle wa偶ny jest okres po ukazaniu si臋 Zniczy, tj. czas od 1977 do 艣mierci Babi艅skiego w 1984. Lata te nie s膮 ju偶 tak dok艂adnie udokumentowane, a przecie偶 wiadomo, 偶e w艂a艣nie w tym okresie poeta do艣wiadczy艂 najwi臋cej. Ma racj臋 Dariusz Tomasz Lebioda, kt贸ry swego czasu pisa艂: „Babi艅ski nie zosta艂 zrozumiany, nie zadano sobie trudu, by wszechstronnie opisa膰 ten fenomen artystyczny i kulturowy. I 艣cie偶ka nie prowadzi tutaj przez kozetki psychoanalityk贸w, raczej potrzebne s膮 rzetelne analizy krytycznoliterackie – jakby introwersje do jego 艣wiata, jakby sondy zapuszczane w jego nico艣膰 i nijako艣膰”.

             Nasuwa si臋 pytanie: dlaczego nie „zadano sobie trudu” rzetelnej oceny poezji Babi艅skiego? Czy tylko z tego powodu, 偶e zaistnia艂a na marginesie 贸wczesnej awangardy, by艂a niewygodna, sta艂a w sprzeczno艣ci z obowi膮zuj膮c膮 lini膮 polityczn膮, uderza艂a, podwa偶a艂a warto艣ci moralne socjalizmu? Mo偶liwe, ale trzeba tak偶e bra膰 pod uwag臋 uwarunkowania spo艂eczne, pocz膮tek kryzysu ustroju, okres stanu wojennego, apogeum cenzury i trudno艣ci z wydaniem nowych ksi膮偶ek. Tego poeta nie m贸g艂 przezwyci臋偶y膰, mia艂 tylko poezj臋 i (nie zawsze) papierosy z herbat膮, reszta d贸br nie mia艂a dla niego znaczenia.

             W ocenie poezji Babi艅skiego warto p贸j艣膰 tropem zdefiniowanym przez Stefana Chwina. Dostrzega on znaczenie Nowej Prywatno艣ci w budowaniu reakcji na schematyzuj膮cy si臋 obraz zbiorowo艣ci w literaturze Nowej Fali. Przejawem kszta艂towania si臋 odpowiedzi mia艂by by膰 idea艂 „samotnego w臋drowcy”, „model 偶ycia na przek贸r”, a przede wszystkim – „mit wielkiej przygody psychicznej, traktowanie literatury jako niemal zast臋pczej formy 偶ycia”. Nie by艂a to jednak tendencja nowa, przyznaje Chwin i wskazuje na bohater贸w Stachury, a tak偶e na poezj臋 Babi艅skiego, kt贸rej wz贸r osobowy nie pozostawa艂 w sprzeczno艣ci z prototypem bohatera literackiego Janusza Andermana. Wed艂ug Chwina, okaza艂 si臋 to nurt ukryty, rozpoczynaj膮cy si臋 na pocz膮tku lat sze艣膰dziesi膮tych, do kt贸rego nale偶a艂o r贸wnie偶 wlicza膰 Wincentego R贸偶a艅skiego i p贸藕niejszego debiutanta, Wojciecha Edwarda Czerniawskiego. Proces powstania tego nurtu Chwin wyprowadza艂 z „obiektywnych proces贸w kultury”.

              S膮dz臋, 偶e tym tropem warto p贸j艣膰, jak dot膮d bowiem nie doczekali艣my si臋 gruntownej oceny poezji wspomnianych: R贸偶a艅skiego, Czerniawskiego i Babi艅skiego, mo偶na zatem zaryzykowa膰 stwierdzenie, 偶e Chwin mia艂 racj臋, m贸wi膮c o nurcie ukrytym, kt贸ry nie stworzy艂 kr臋gu generacji, nie umo偶liwi艂 deklaracji grupie ani pokoleniu. St膮d by膰 mo偶e nadal pokutuje termin „poet贸w pomini臋tych”, niedocenianych, a nawet „przekl臋tych” za swoj膮 odr臋bno艣膰 – osadzon膮 w aureoli mitu. Mity maj膮 to do siebie, 偶e ich warto艣膰, zasi臋g i percepcja czasem s膮 wi臋ksze od warto艣ci stworzonego dzie艂a. Lepiej je pozostawi膰 historii tak d艂ugo, a偶 stan膮 si臋 zrozumia艂e w dziele interpretowanym po czasie, za spraw膮 kolejnych pokole艅.

Por.

        Andrzej Babi艅ski, Z ca艂ej si艂y, Warszawa 1975 (seria: Generacje 5, 2).
        Tego偶, Znicze, Pozna艅 1977.

        Edmund Pietryk, Bagno i hymn, Pozna艅 1984. 
        Feliks Fornalczyk, Pos艂owie, [w:] Znicze i wiersze, Pozna艅 1985.



Cmentarz Junikowski, pole 35 kwatera 4.

 



Drogi redaktorze

Pan mnie nie rozumie. Mnie do 偶ycia powo艂a艂a suka. Tak, suka. Podczas wojny, gdy by艂em male艅ki, jedna chora suka o zmierzchu przera藕liwie wy艂a. Ciemno艣膰 by艂a straszna, jaka bywa艂a na Bia艂ostocczy藕nie, i jakie by艂o zacofanie tych wiosek, ale nic straszliwszego nie mog艂o by膰 od wywycia tej suki. Od razu zrozumia艂em: trudna jest ta ziemia. I nikt z doros艂ych jej nie rozumia艂, pr贸cz mnie jednego. Ta suka, kt贸ra by艂a 艣wiadkiem wiosek spalonych; w wyciu op艂akiwa艂a dramaty II wojny 艣wiatowej: po偶ary, strzelaniny, bombardowania; bo wy膰 zaczyna艂a w zach贸d z艂owieszczego s艂o艅ca. Ouuu... Ouuu... Ouuu...

Na lekcji religii w II klasie my艣la艂em: "Jak taka jedna suka jest, to Boga nie ma, ona wi臋cej cierpia艂a ni偶 B贸g na krzy偶u". Ona wywy艂a ca艂膮 ludzko艣膰, prze偶y艂a koniec 艣wiata, niby samiute艅ka, by tak nieludzko zawodzi膰. Wyciem do drzew przypar艂a ciemno艣膰, przerazi艂a ca艂膮 okolic臋. Ludzie bali si臋 偶y膰 pod niebem tej wyj膮cej, 艣wiatowej suki. Nie mogli po艂o偶y膰 si臋 spa膰, gromadzili si臋 w jeden dom, odmawiali, odmawiali pacierze, a s艂o艅ce jakby zasz艂o i nigdy nie mia艂o ju偶 wzej艣膰, i ju偶 nigdy nie mia艂 zapia膰 kur poranny, zakwitn膮膰 przed oknem nasturcja, nagietek. Ludzie co prze偶yli to wycie, nie mogli stoj膮c na ziemi uwierzy膰 w istnienie zabudowa艅, 偶e nazajutrz z s膮siednich domostw p贸jdzie z komin贸w dym, byli pewni braku ziemi pod stop膮, odci臋cia od 艣wiata. Ouuu... Ouuu... Ouu...

Wielbi艂em jeden t臋 suk臋. Zazdro艣ci艂em jej a偶 tak przera藕liwego wycia. I oto dzi艣 mam par臋 wierszy, kt贸re og贸艂 uznaje, cho膰 si臋 l臋ka艂 ich autorstwa; bo musz臋 mie艣ci膰 przera偶enie tej wyj膮cej suki. Pewne, skarb natchnienia zaczerpn膮艂em od niej...

1970



poniedzia艂ek, 17 wrze艣nia 2012

Janusz 呕ernicki (1939-2001)


Portret J. 呕ernickiego
Krzysztof Schodowski

„Przez ca艂e 偶ycie nieustannie w臋drowa艂, cho膰by po okolicy, teraz 偶yje <<ukrzes艂owiony>>, jak na obrazie Andrzeja Wr贸blewskiego z 1956 roku” – za艣wiadcza艂 o dziwnym w臋drowcu z T臋偶niopolis jego przyjaciel, Stanis艂aw Jasi艅ski. „Ukrzes艂owiony” – to nie tylko pi臋ciotonowy sygna艂 p臋kania charakteru Janusza 呕ernickiego, lecz tak偶e pr贸ba okre艣lenia zro艣ni臋tej 偶ywcem czasoprzestrzeni, w kt贸rej w latach 90. znalaz艂 si臋 autor Trzynastu miesi臋cy. „19 maja 1992 roku amputowano poecie nog臋 powy偶ej kolana, znieczulono 呕ernickiego przez kr臋gos艂up” – relacjonowa艂 Jasi艅ski – „mimo wielu pr贸b nie nauczy艂 si臋 sprawnie porusza膰 z protez膮 nogi”. Oddajmy jeszcze raz g艂os stenotypi艣cie: „Sierpie艅 1997 roku przynosi upa艂 trudny do zniesienia, kt贸rego艣 dnia brat Wojciech zabiera Janusza na spacer. W w贸zku inwalidzkim 呕ernicki obje偶d偶a okolice swojego dzieci艅stwa. Nie zdaje sobie sprawy, 偶e jest to ostatni taki spacer. Lata zamkni臋cia na balkonie, kt贸ry sta艂 si臋 <<zagubionym dworcem mijaj膮cych si臋 ptak贸w>>, daj膮 znienacka zna膰 o sobie. Prze偶ywa rozleg艂y udar m贸zgu”. „M贸j tryb 偶ycia jest na pewno dla wielu zaskakuj膮cy i przez wielu odrzucany” – zwierza艂 si臋 poeta Janowi Marxowi w 1985 roku – „Jest to raczej bardzo smutne. Posiadaj膮c skrzyd艂a pozwalaj膮ce wyfruwa膰 poza miasteczko, region, odgrywam troch臋 rol臋 prowincjonalnego bociana, kt贸remu podcina si臋 lotki, 偶eby nie wyfrun膮艂. Kiedy艣 w Ciechocinku takie kalekie ptaki chodzi艂y po parku, stanowi膮c turystyczn膮 atrakcj臋. Zbyt ma艂o jednak porusza mnie spraw, by wyst臋powa膰 w roli m艂odego faraona z powie艣ci Prusa, pr贸buj膮cego wprowadzi膰 reformy, kt贸re musz膮 dopiero dojrze膰”.

            Autor W臋drowca w jednym sandale umiera w pa藕dzierniku 2001 roku na skutek silnego krwotoku wewn臋trznego. I oto – w momencie jego 艣mierci – wraca przekszta艂cony na nowo obraz z dzieci艅stwa Janusza: „Ojciec 偶yczy艂 sobie, aby 6-letni Janusz ogl膮da艂 paniczn膮 ucieczk臋 Niemc贸w w styczniu 1945 roku. Syn zarejestrowa艂 obraz, kt贸ry nie opuszcza艂 go przez ca艂e 偶ycie: z ciechoci艅skiego dworca kolejowego odchodzi艂y poci膮gi z rannymi 偶o艂nierzami. Krew przenika艂a przez pod艂og臋 wagon贸w i sp艂ywa艂a na podk艂ady kolejowe”. By膰 mo偶e z tego powodu 呕ernicki chcia艂 sta膰 si臋 „wzornikiem”, nawet za cen臋 wzbudzenia grozy t艂umacz膮c cierpliwie: „Poezj膮 wzoru nazywam tak膮 poezj臋, kt贸ra odzwierciedla owe sta艂e i elementarne predyspozycje uczuciowe cz艂owieka, owe <<tendencje uczuciowe>>, szczeg贸lnie silnie eksponuj膮c ich (w chemicznym znaczeniu) warto艣ciowo艣膰, czyli mo偶liwo艣膰 wchodzenia w r贸偶ne reakcje, w tych wielko艣ciach i r贸偶norodno艣ciach dopatruj臋 si臋 wyj膮tkowego znaczenia poezji”. W antologii Postscriptum poeta apelowa艂: „Nale偶y budowa膰 na tych pozornych od艂ogach naszej psychiki, kt贸rych jak dot膮d wstydzili艣my si臋 niczym kompromituj膮cej choroby”.

„Bardzo lubi臋 wiersze Janusza 呕ernickiego” – zdradza艂 z nietajon膮 sympati膮 Janusz S艂awi艅ski w „Nowych Widzeniach” z 1961 roku – „nie m贸g艂bym jednak z czystym sumieniem powiedzie膰, 偶e rozumiem je ca艂kowicie, 偶e potrafi臋 je w pe艂ni zidentyfikowa膰 na tle rozumianych przeze mnie, w mniejszym lub wi臋kszym stopniu, zwyczaj贸w mowy poetyckiej. Janusz 呕ernicki nale偶y do tych poet贸w najm艂odszej generacji, kt贸rych wiersze zosta艂y nastawione na organizowanie w czytelniku warto艣ci niezrozumienia”. „Rozpoczyna艂em jako belfer na warmi艅skiej wiosce” – wyja艣nia Marxowi poeta i do艂膮cza – „By艂em te偶 rybakiem, a偶 do po艂amania r臋ki”. I niech to wystarczy za prowizoryczne usprawiedliwienie: „Urodzi艂em si臋 w miasteczku Ciechocinek na Kujawach. Wielokrotnie pr贸bowa艂em st膮d ucieka膰. Je艣li ju偶 wraca艂em, to nie dla wyblak艂ego kurortu, lecz do mojego T臋偶niopolis”. Mojej „sukni Dejaniry” – chcia艂oby si臋 doda膰 za Jasi艅skim.


KS

Por.

S. Jasi艅ski, Janusz 呕ernicki 1939-2001, [w:] Janusz 呕ernicki – poeta osobny, do druku poda艂 S. Jasi艅ski, Toru艅 2002, s. 4-27.
J. Marx, J. 呕ernicki, Nie jestem wykonawc膮 testamentu, [w:] tam偶e, s. 271-274.
A. K. Wa艣kiewicz, Pos艂owie, [w:] J. 呕ernicki, W臋drowiec w jednym sandale, Bydgoszcz 1985, s. 218-238.

I m贸wi臋 jeszcze

Za zdania moje, kt贸re zlisiony sier艣ci膮 do 艣rodka, 艂ykam,
kt贸rym nie nadaje kszta艂tu,
ciesz膮c si臋 pierwotnym ich bezwstydem,
clochard i Kronos naraz, od prorok贸w spodziewany;
tak p艂awa na 艂a艅cuchu a niby-to z fal膮,
tak m臋偶atki m艂ode i s艂odki ucisk wn臋trzno艣ci,
gdy markuj膮 wierno艣膰,
wychylone z w艂asnych bioder – ciekawe cudzych kopulacji:
za zdania moje pokr臋tne, gdy opuszczaj膮 „zagrod臋 z臋b贸w”
zmys艂owe i natr臋tne,
za zadania moje, gdzie w艂azi murawa i perz –
– – wybacz mi wielki Nieznajomy.

„呕e-m”, ta forma jest r贸偶膮 z prowansalskich fascynacji,
dom rodzinny odtr膮ci艂, wytr膮ciwszy siebie,
niczym ten, co „planet臋 odkopn膮艂”, a planet uporczywie przybywa,
chocia偶 to ja w艂a艣nie opisa艂em ideologi臋 Domu,
bo艣 mnie do tworzenia system贸w powo艂a艂 –
– – wybacz mi o, Niedo艣cig艂y.

Bo cudzoziemcem we w艂asnej ziemi jestem,
bo zewsz膮d widz臋 coraz wi臋cej i m贸wi膰 nie 艣miem,
bo i po co?
wol臋 ju偶 upa艂 i cia艂a kobiet gonne i go艅cze,
chwila specjalna, gdy s艂o艅ce ju偶 natarczywe nad horyzontem -
zag艂ada pr臋dzej ich zmys艂om si臋 obna偶a; Zygmuncie Freudzie
mo偶e najszczerszym bywasz Wernyhor膮!
wol臋 ju偶 promenady rodzimego kurortu –
topola, brzoza, mi艂orz膮b, robinia, grab i wi膮z
(by艂aby to Litania do Wszystkich Najwierniejszych,
byle nie min膮膰 w locie mew, tych lilii mojego patrona,
a tak偶e w艣r贸d pinus nigra i sambucus nigra kos贸w i srok,
pokrzewek, dzwo艅c贸w i zi臋b, krzyk贸w pawi,
kt贸ry zawraca mi臋dzy glacja艂y,
d偶d偶ownic i 偶uk贸w gnojak贸w, co jednaj膮 mnie z ziemi膮);
i za to niebo z anilionowej farbki do prania
w baliach z dzieci艅stwa,
niebo zanosz膮ce si臋 ob艂okami nad kurortem
tak wysoko i dwornie,
niezast膮piony kompres 偶agwi膮cej mej g艂owy –
– – – wybacz, albo przyjmij, 偶e wiem, i偶 pojmujesz
bo chyba tak膮 natur臋 posiada 艢wietlisty
Za noce ze zmar艂ymi odtrwaniane – Ojciec, Bruno i Sted –
gdzie tylko ma艂oodporna szyba wieczno艣ci dzieli nas od siebie,
ot, zwyk艂a szybka alarmowa, kt贸r膮 wystarczy zbi膰;
偶e i na mnie skacze p艂on膮cy tygrys rozdzieranych krajobraz贸w,
i s艂ysz臋 ryk i krew i d艂awi mnie bezwzgl臋dno艣膰 ludzi g艂odnych,
a zwie si臋 to „ugwie偶d偶eniem historii”,
a zapobiec nie umiem,
a na puszczy gada艂em dwadzie艣cia pi臋膰 lat –
– – – wybacz Ty, co艣 l臋kiem i intuicj膮 nas obdarzy艂
nie daj膮c go wilkom ni d臋bom,
lub wydzielaj膮c jak pocz臋stunek ch艂opom ze szarwarku
co pani臋ta na powiatowy przywie藕li bal.
呕e najlepszych swych lat, niby wi膮zki mi臋艣ni, jelit i szmat,
po wiadomej eksplozji (a tak i jedynie jestem polski),
z krzew贸w wers贸w i literackich transzei i trawers贸w
nie pozbieram –
– – – wybacz Ty, o Kt贸rym tyle wiem, 偶e
wi臋cej ni偶 ja rozumiesz mnie,
a sondy Twoje, gdy zapuszczasz,
bole艣nie czuj臋
w g艂臋boko艣ciach moich niezmierzonych.

Wybacz mnie, kt贸ry wierno艣膰 martwemu morzu zaprzysi臋g艂em,
morzu, co „odwraca stronice brzeg贸w”,
a ksi臋ga dobiega ju偶 ko艅ca;
morzu cywilizacji jak za czas贸w Solona,
kt贸rej co dnia s艂o艅ce ostatni przesy艂a blask;
wszystkim odesz艂ym ode mnie ludziom i zwierz臋tom,
ro艣linom i sprz臋tom,
reakcjom codziennym, formu艂om foremnym –
– – wybacz za mnie, przeze mnie i dla mnie.

Bo za to, 偶e zdycha艂em, podnosi艂em si臋 i pada艂em,
ustalony w genach i Twojej szczodrobliwo艣ci,
i 偶e znam rynsztoki, ambony, bar艂ogi i trybuny,
sfer臋 seksu i zon臋 alkoholu, upokorzenia i ekspiacje,
i 偶e wi臋cej ni偶 w chrze艣cija艅skich misteriach
naznaczy艂e艣 memu pokoleniu krzy偶owych stacji
(a na ko艅cu jestem) –
– – – ja Ci Panie zawsze, zawsze wybaczam.

T臋偶niopolis, czerwiec 1981


czwartek, 6 wrze艣nia 2012

Melania Fogelbaum (1911-1944)

Portret M. Fogelbaum
Jacek Witczy艅ski

JESZCZE JEDNA RANA        

Leszek 呕uli艅ski

        Lista poet贸w polskich pochodzenia 偶ydowskiego, ofiar Holocaustu, jest d艂uga. Melania Fogelbaum nie przedosta艂aby si臋 do naszej pami臋ci bez stara艅 przyjaci贸艂, ale nawet wtedy echo jej przypomnienia nie zabrzmia艂oby g艂o艣no, gdyby nie zdumiewaj膮ca forma i ekspresja jej wierszy. Nie ma najmniejszej w膮tpliwo艣ci, 偶e stracili艣my poetk臋 o ogromnym talencie, oryginaln膮 i wci膮偶 wart膮 upowszechnienia. Jedn膮 z tych nielicznych w owych czasach, kt贸ra przynale偶膮c do swojej diaspory, pisa艂a swoje wiersze po polsku.

       Wyros艂a z dw贸ch tradycji: skamandryckiej i awangardowej, co jest melan偶em osobliwym i niecz臋sto spotykanym. Mia艂a zaskakuj膮c膮 wyobra藕ni臋 j臋zykow膮, blisk膮 w jakiej艣 mierze J贸zefowi Czechowiczowi. Pisa艂a „obrazami” i skojarzeniami, kt贸re dziwi艂y si臋 sobie. Jej wiersze zaskakuj膮. Ich forma, s艂ownictwo, tonacja odbiegaj膮 od tradycyjnego kanonu, kt贸rego „trzyma艂a si臋” poezja 偶ydowska. Jak wiadomo, do ko艅ca XIX wieku by艂a ona mocno skodyfikowana przez tradycj臋 literack膮 i religijn膮 i jej „o偶ywienie” wersyfikacyjne oraz „imaginacyjne” nast膮pi艂o raczej p贸藕no jak na europejskie miary. Mela – s膮dz臋 – wesz艂a w „wiek pisarski” na prze艂omie lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy przez literatur臋 polsk膮 przetoczy艂y si臋 ju偶 wszystkie „贸wczesne awangardy”. W ka偶dym razie wyra藕nie wida膰 w jej tekstach zafascynowanie rewolucj膮 Peiperowo-Przybosiow膮.

Ju偶 pierwszy wiersz z Zeszytu (K艂膮cze) zdumiewa z tego w艂a艣nie powodu. Oto jego pocz膮tek:

Skrzypn膮艂 nie艣wiat w desce ku oknu
i znu偶onym lotem w bezb贸lu
nieorle chcia艂a w oknie zaszumie膰 koszula.
Jak偶e 艂atwo by艂o ko艂o muru
jak偶e 艂atwo by艂o w sny kamienne frun膮膰
w odwr贸cone niebo podw贸rza.

To przecie偶 jest klasyczno-awangardowe „rozbijanie tworzyde艂”, szukanie nowej struktury j臋zyka i „geometryzowanie przestrzennej perspektywy” patrzenia na 艣wiat. W licznych wierszach Mela wykorzystuje sw贸j talent malarski; obrazy, jakie pisze s艂owem, s膮 plastyczne i oryginalne. Wielekro膰 znajdziemy tu pere艂ki epigramatyczne – wiersze w kilku s艂owach przeistaczaj膮ce si臋 w literackie cymelia, jak np. ten: S艂uchaj jak w ksi臋偶yc / wzielenia si臋 noc膮 / psi 艣piew / jak si臋 w pot臋偶nej sieci trzepoce / jak k膮sa.

Oczywi艣cie, teksty te bez wyj膮tku wype艂nia zatruta posoka czasu. Katastroficzna hekatomba wisi nad niemal ka偶d膮 metafor膮, nawet wyrwane z kontekstu fragmenciki maj膮 jednoznaczny wyd藕wi臋k, np.: 偶u偶le oczu, bezsen kl膮twy, wiatr skrwawione r臋ce wyciera w biel firanek, drzwi otwarte na nico艣膰, krew nabrzmiewa czerwonym o艂owiem, b贸l w 藕renicach okien”... Powtarza si臋 te偶 cz臋sto w r贸偶nych wersjach topos zamkni臋tego domu z ludzkimi oczyma przyklejonymi do szyb – to wyrazisty obraz strachu 艣ledz膮cego ulic臋, z kt贸rej nie mo偶e nadej艣膰 nic dobrego, po kt贸rej nieustannie przetacza si臋 poch贸d 艣mierci. Gdy my艣l臋 dzi艣 o tych sprawach, atakuje mnie metafora literackiej Atlantydy czy te偶 p艂ywaj膮cej wyspy, z kt贸rej widzimy tylko to, co utrzyma艂o si臋 na wierzchu, a reszta, jak korpus g贸ry lodowej, zalana jest wieczn膮 toni膮 zag艂ady, kt贸ra poch艂ania ludzi i epoki. Mo偶na by na to przysta膰, gdyby to jaki艣 demiurg, a nie sami ludzie, popisywa艂 si臋 strace艅czymi sztuczkami. A tak i po Meli zostanie tylko jeszcze jedna rana w parszywej historii 艣wiata.

Por. 
       Melania Fogelbaum i jej 艣wiadectwo z lat zag艂ady Getta w 艁odzi, „Zwoje” („Scrolls”) nr 3 (40)/2004 (link).



W臋dr贸wka

G艂odne s膮 ludzkie oczy.
Oczy s臋k贸w w p艂ocie
wyzieraj膮 na 艣wiat.
G艂odnym s臋kom w p艂ocie
piach zm臋czenia w oczy
sypie czas.

A ja chc臋 noc膮 ch艂odn膮 porzuci膰
ogr贸d mokry od jab艂kowej woni,
czo艂o przer偶n膮膰 kantem dachu
by krwi膮 zbudzi膰 senne powieki.
W czarnych kad艂ubach dworc贸w
krzyk pary dalekiej
psio zawy艂 i ciep艂em nocy szarpn膮艂...
Ju偶 id臋, kwiat peonii dal biel膮 wyznacza,
ogr贸d jak 艣lepy cmentarz zasypia w艣r贸d p艂aczu,
jak powr贸z ramiona rozkr臋c臋 w tysi膮c sznur贸w
i w s艂ony wicher 艣wiata zarzuc臋 na rej臋,
g艂臋bin臋 dni co przyjd膮 zanurz臋 okr臋t siebie,
na pok艂adach jutr ponios臋 twarze co si臋 艣miej膮.

K艂膮cze

Skrzypn膮艂 nie艣wiat w desce ku oknu
i znu偶onym lotem w bezb贸lu
nieorlo chcia艂a w oknie zaszumie膰 koszula.
Jak偶e 艂atwo by艂o ko艂o muru
jak偶e 艂atwo by艂o w sny kamienne frun膮膰
w odwr贸cone niebo podw贸rza.

Tylko oczy okien nieby艂e w 艣lepym murze
chcia艂y przeczeka膰 b贸l by snem si臋 znu偶y艂.
Prze偶egna艂y dniem m臋k臋.
呕ar kamienie 艂upa艂.
I nagle we framudze, co dr偶a艂a pod r臋k膮
w wilgotnym pr贸chnie szczeliny,
oczom si臋 wygarn膮艂
艣piew zielony jak 偶ycie w 艂odydze male艅kiej
i p艂aka艂o i 艣mia艂o si臋.
I lecia艂y na okna,
jak na jedn膮 miedz臋
mi臋dzy dwoma niebami,
strupy rdzawej blachy.

艣roda, 5 wrze艣nia 2012

Zuzanna Ginczanka (1917-1944)

Portret Z. Ginczanki
Beata Jakimiak-Rychlicka
JAK呕E SI臉 艢WIATU CA艁A OPOWIEM?

Izabela Fietkiewicz-Paszek
         „Czy rosn膮 jakie艣 kwiaty na bezimiennym grobie Zuzanny, rozstrzelanej tylko dlatego, 偶e nale偶a艂a do rasy hebrajskiej? Nie uczyniono dla niej, dla jej m艂odo艣ci, urody i poezji 偶adnego wyj膮tku. Niekiedy zastanawiam si臋, o czym m贸g艂 my艣le膰, je偶eli w og贸le my艣le膰 by艂 w stanie, 贸w germa艅ski knecht, gdy wpakowa艂 kilka kul z rozpylacza w pi臋kne cia艂o Zuzanny? Czy by艂a dla niego tylko 呕yd贸wk膮, kt贸r膮 z racji jej pochodzenia nale偶a艂o zlikwidowa膰, czy 偶ywym cz艂owiekiem, kt贸rego jedyn膮 win膮 by艂a rasa, skazana na zgub臋? Czy jej morderca 偶yje jeszcze i czy zdaje sobie spraw臋 z tego, co uczyni艂? Zuzanna Ginczanka – <<tragiczna gaw臋da>>, jak wspomnienie o niej okre艣li艂 tak偶e ju偶 nie偶yj膮cy Jan 艢piewak! Wi臋c oto kilkana艣cie wierszy, pisanych o niej w r贸偶nych okresach, a zawsze tak, jak gdyby 偶y艂a i mia艂a znowu zapyta膰, niczym przed przesz艂o czterdziestu laty: <<S艂uchaj, ty, zdaje si臋, chcesz mnie uwie艣膰>>…” Tak J贸zef 艁obodowski ko艅czy wst臋p do zbioru wierszy pt. Pami臋ci Sulamity, zbioru w ca艂o艣ci po艣wi臋conego Zuzannie Ginczance i b臋d膮cego dowodem wielkiej fascynacji San膮, legend膮 przedwojennej Warszawy. Nie on jeden zreszt膮 jej uleg艂, nie on jeden te偶 nosi艂 w sobie pami臋膰 i 偶al po jednej z najzdolniejszych poetek dwudziestolecia mi臋dzywojennego, niedocenionej w pe艂ni ani za 偶ycia, ani po 艣mierci, „偶ydowskiej gazeli”, „Gwie藕dzie Syjonu”, kt贸ra – mo偶na powiedzie膰 – za swoj膮 niezwyk艂膮 urod臋 zap艂aci艂a 偶yciem.
      Zuzanna Ginczanka (w艂a艣ciwie Sara Polina Gincburg) urodzi艂a si臋 w 1917 w Kijowie, w mieszcza艅skiej rodzinie zasymilowanych 呕yd贸w. Dzieci艅stwo sp臋dzi艂a w R贸wnem na Wo艂yniu; uko艅czy艂a polskoj臋zyczne gimnazjum (samodzielnie nauczy艂a si臋 j臋zyka polskiego, w rodzinie m贸wi艂o si臋 po rosyjsku) i wcze艣nie zdecydowa艂a, 偶e zostanie polsk膮 poetk膮: debiutowa艂a w 1931 wierszem Uczta wakacyjna w gazetce gimnazjum w R贸wnem. W 1934 jej Gramatyka zosta艂a wyr贸偶niona na Turnieju M艂odych Poet贸w og艂oszonym przez „Wiadomo艣ci Literackie”. W jury konkursu zasiad艂 Julian Tuwim, kt贸ry szybko dostrzeg艂 wielki talent Zuzanny i wspiera艂 j膮 w poetyckich poczynaniach. Gdy po maturze podj臋艂a w Warszawie studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego, jak wspomina艂 艁obodowski, „nie musia艂a szuka膰 dr贸g, by dosta膰 si臋 do <<Wiadomo艣ci Literackich>> i <<Skamandra>>”. Od 1936 wsp贸艂pracowa艂a z tygodnikiem satyrycznym „Szpilki” (to dzi臋ki redakcyjnemu koledze ze „Szpilek”, Erykowi Lipi艅skiemu, wiersze Ginczanki przetrwa艂y wojn臋), pisywa艂a w nim ci臋te satyry, pocz膮tkowo jako g艂os w dyskusji nad bie偶膮cym 偶yciem literackim („ofiarami” tych wierszy byli cenzorzy i krytycy), z czasem jednak zacz臋艂a odnosi膰 si臋 do sytuacji politycznej, do gro藕by wojny, do narastaj膮cego antysemityzmu i faszyzmu. „Atmosfera dowcipnych rozm贸w towarzyskich ju偶 nie mo偶e wystarczy膰. Trzeba zaj膮膰 jakie艣 stanowisko wobec 偶ycia”, wspomina t臋 zmian臋 Jan 艢piewak.
          W 1936 wyda艂a sw贸j jedyny tomik poezji, O centaurach. Intensywnie uczestniczy艂a w 偶yciu literackim  i towarzyskim, regularnie pojawia艂a si臋 w uwielbianej przez Skamandryt贸w kawiarni „Ziemia艅skiej”, a tak偶e, jak wspomina Jan 艢piewak, by艂a sta艂ym go艣ciem przy stoliku Witolda Gombrowicza w kawiarni „Zodiak”. W Warszawie zetkn臋艂a si臋 po raz pierwszy z antysemityzmem – „ogl膮dano si臋 za ni膮 na ulicach. Z pocz膮tku jej wyra藕na semicko艣膰 by艂a tylko osobliwo艣ci膮, odmiennym wygl膮dem. Ale im bli偶ej wojny, to pi臋kno stawa艂o si臋 <<pi臋tnem>> – jak wspomina Maria Brandysowa – <<troch臋 zasypywanym i bagatelizowanym>>, dodaje Agata Araszkiewicz w znakomitej pracy pt. Wypowiadam wam moje 偶ycie. Melancholia Zuzanny Ginczanki, najpe艂niejszej jak dot膮d pr贸bie wytropienia zatartych 艣lad贸w po Zuzannie. Zatartych na tyle, 偶e nie znalaz艂o si臋 na nie miejsce w 600-stronicowej syntezie Jerzego 艢wi臋cha, pt. Literatura polska w latach II wojny 艣wiatowej. Prawdopodobnie okaza艂a si臋 w oczach znawcy zanadto obca, „podw贸jnie obca w tradycji literatury polskiej. Dwudziestolecie stanowi pierwszy okres w historii, gdy ukszta艂towa艂o si臋 zupe艂nie odr臋bne zjawisko literatury polsko-偶ydowskiej, wraz ze swymi 艣rodowiskami i czasopismami. Podobnie pierwszy raz mo偶na tu m贸wi膰 o tworz膮cej si臋 odr臋bnej kobiecej subkulturze literackiej, przebijaj膮cej si臋 przez struktury patriarchalne”, konstatuje Maria Janion we wst臋pie do ksi膮偶ki Agaty Araszkiewicz.

           Na pocz膮tku wojny Zuzanna ukrywa艂a si臋 we Lwowie, wysz艂a w tym czasie za m膮偶 za krytyka sztuki, Micha艂a Weinziehera. Z艂o偶y艂a na ni膮 donos gospodyni kamienicy, w kt贸rej poetka mieszka艂a, niejaka Chominowa. Mimo to uda艂o jej si臋 uciec przed policj膮. Ten fakt, a tak偶e powszechne przypadki denuncjacji, sta艂y si臋 kanw膮 wype艂nionego ironi膮 i w艣ciek艂o艣ci膮 wiersza – Non omnis moriar, jedynego znanego utworu Zuzanny z czas贸w wojny, jedynego, kt贸rym wkroczy艂a do powszechenej czytelniczej 艣wiadomo艣ci, a jednocze艣nie – jednego z najbardziej dramatycznych 艣wiadectw cierpienia 呕yd贸w, jakie powsta艂y w polskiej literaturze. Non omnis moriar, wstrz膮saj膮cy wiersz-dokument napisany 2 lata przed 艣mierci膮, wiersz, kt贸ry poetka mia艂a ca艂y czas przy sobie, cudem ocala艂y na zmi臋tej kartce papieru, prze偶y艂 autork臋. Transkrypcja najdoskonalszych testament贸w poetyckich w literaturze polskiej i europejskiej, fenomenalne uciele艣nienie losu Ginczanki, „i przez sw贸j tu艂aczy los, i przez to 偶e powolne  z a n i k a n i e  zawarte w poprzednich wierszach doprowadzi艂o tutaj wreszcie do ostrego szyderczego wypowiedzenia 偶yciu (polsko艣ci, poezji, urodzie) – 偶ycia (dalszej iluzji trwania, istnienia). I przez to, 偶e og艂aszaj膮c 艣mier膰 poetki, paradoksalnie zapewni艂 jej trwa艂e miejsce w poezji polskiej, ale jako autorce  j e d y n e g o  wiersza-arcydzie艂a”, napisze Jacek Leociak w ksi膮偶ce Tekst wobec zag艂ady. „<<Testament m贸j>> Ginczanki boli jak niezagojona rana”, doda Julian Przybo艣. Niestety, to tak偶e wiersz profetyczny: Zuzanna w 1942 wraz z m臋偶em schroni艂a si臋 w Krakowie, a jesieni膮 lub zim膮 1944 aresztowa艂o j膮 gestapo na skutek kolejnego donosu s膮siad贸w. Razem z Blumk膮 Fradis, przyjaci贸艂k膮 z dzieci艅stwa, zosta艂a rozstrzelana na dziedzi艅cu wi臋zienia przy Montelupich, kilka tygodni przed wej艣ciem do Krakowa Armii Czerwonej.

        „Od pocz膮tku by艂a sob膮 – za艣wiadcza Jan 艢piewak – poetk膮 swojego niepokoju, swojej gwa艂townej nami臋tno艣ci, poetk膮 zdziwienia wobec 艣wiata i strachu wobec historii, narzucaj膮c膮 na strach mask臋 偶artu, dowcipu i autoironii”. Przesz艂a drog臋 od fascynacji poezj膮 Tuwima, Wierzy艅skiego, Le艣miana, od poezji zmys艂owej, afirmuj膮cej 偶ycie, niejednokrotnie brutalnie odwo艂uj膮cej si臋 do kobiecej biologii i fizjologii, wyros艂ej z buntu przeciw mieszcza艅skiemu wychowaniu („ca艂e pokolenie niewy偶ytych kobiet wykrzycza艂o si臋 w tych wierszach” – 艢piewak), od wierszy bogatych w odwo艂ania do tradycji i kultury, do zwrotu ku mitologii dalekowschodniej (cykl Chi艅skie bajki o La-licie), starogerma艅skiej (wiersz Zygfryd), topos贸w kultury 艣r贸dziemnomorskiej (np. Centaury) oraz 偶ydowskiej, przez utwory „dialogowe”, liryczne konfrontacje my艣li i idei, pe艂ne dylemat贸w i pesymizmu – a偶 po wiersze katastroficzne, po poetyck膮 pewno艣膰, 偶e zag艂ada jest nieunikniona. Gdzie艣 pomi臋dzy oczekiwaniem ko艅ca 艣wiata, a osobist膮 tragedi膮 i strachem, rodzi si臋 jeden z najpi臋kniejszych wierszy, 呕ar-Ptak, oparty na symbolice ba艣ni rosyjskiej: ognisty p贸艂-ptak, p贸艂-kobieta uosabia ocalenie i odrodzenie (blisko zreszt膮 呕ar-Ptakowi do mitycznego Feniksa), a zarazem wieszczy katastrof臋. Emblematem osobowo艣ci i poezji Zuzanny jest dwoisto艣膰, kt贸ra przejawia si臋 na wielu poziomach, a kt贸r膮 dobrze obrazuje jedna z najwa偶niejszych jej alegorii – Centaury; jak wyrazi si臋 poetka: „nami臋tno艣膰 i m膮dro艣膰 w pasie zro艣ni臋te”. Tej organicznej niemal ambiwalencji towarzyszy nieustanna melancholia, a na jej rewersie - ironia.
       Umar艂a, maj膮c 27 lat. P贸艂 wieku p贸藕niej Izolda Kiec, pr贸buj膮c przywr贸ci膰 Zuzann臋 czytelnikowi, napisze: „Pozostawi艂a po sobie niewiele: jeden tomik poezji, troch臋 wierszy w czasopismach i r臋kopisach, troch臋 fotografii... I kilku przyjaci贸艂, kt贸rzy nie mogli jej pom贸c”. Zosta艂o jednak co艣 jeszcze, co艣 ciemnego, bolesnego i nieprzejrzystego, co w ko艅cu pod艣wietli艂y s艂owa Kazimierza Brandysa: „To jedno z moich 艣wi臋tych widm, kt贸re mnie nawiedzaj膮”.

 Zbiory poezji Zuzanny Ginczanki:

  • O centaurach, Warszawa 1936.
  • Wiersze wybrane, wyb贸r, wst臋p i opracowanie: Jan 艢piewak, Warszawa 1953.
  • Ud藕wign膮膰 w艂asne szcz臋艣cie, wyb贸r, wst臋p i opracowanie: Izolda Kiec, Pozna艅 1991.

Bibliografia:

  • M. G艂owi艅ski, O liryce i satyrze Zuzanny Ginczanki, „Tw贸rczo艣膰” nr 8/1955.
  • J. 艢piewak, Zuzanna, gaw臋da tragiczna, [w:] tego偶, Przyja藕nie i animozje, Warszawa 1959.
  • I. Kiec, Ginczanka. 呕ycie i tw贸rczo艣膰, Pozna艅 1994.
  • A. Araszkiewicz, Wypowiadam wam moje 偶ycie. Melancholia Zuzanny Ginczanki, Warszawa 2001
  • A. Wa艣kiewicz, Ginczanka, Tw贸rczo艣膰” nr 7/8/1992.

Wiersze dedykowane Zuzannie Ginczance:

  • Stanis艂aw Marczak-Oborski, Warszawa kwietniem 1943 roku, [w:] tego偶, Poszukiwania i anegdoty, Warszawa 1949.
  • Czes艂aw Janczarski, Miasto dzieci艅stwa, [w:] tego偶, Wiersze z natury, Warszawa 1966.
  • Rey Sydor, Smak s艂owa i 艣mierci, „Wiadomo艣ci”, Londyn nr 6/1967.
  • Dorota Chr贸艣cielewska, Zuzanna Ginczanka, [w:] tej偶e, Portret dziewczyny z r贸偶膮, 艁贸d藕 1972.
  • Henryk Grynberg, Retoryczne pytanie, [w:] tego偶, Wiersze z Ameryki, Londyn 1980.
  • J贸zef 艁obodowski, Pami臋ci Sulamity, Toronto 1987.
  • Anna Kamie艅ska, Zuzanna, [w:] tej偶e, Milczenia i psalmy najmniejsze, Krak贸w 1988.

    Maciej Wo藕niak, Zuzanna Ginczanka, list z tamtej strony 艣wiat艂a, [w:] tego偶, Obie strony 艣wiat艂a, Krak贸w 2003.



Na pisz膮cych donosy
Zuzanna Ginczanka

Poeta Wszech艣wiatek, co chodzi do Sima
na wszystkich poet贸w pr贸cz siebie si臋 z偶yma:
„W mieszcza艅skiej Ziemia艅skiej, cz臋stuj膮c si臋 kaw膮,
chc膮 braki talentu zamydli膰 > -
dzi艣 w Polsce - dodaje z u艣miechem goryczy
> poet贸w na palcu si臋 liczy”
Poeta Pijanusz, kolega poety,
przyznaje mu racj臋 i wzdycha „Niestety!”
a potem koledze wylicza jak z p艂atka
Pijanusz na palcu poet臋 Wszech艣wiatka
i m贸wi: „No prosz臋, wymie艅cie偶 kolego
cho膰 jeszcze jednego, zdolnego, m艂odego!”
i wtedy Wszech艣wiatek okropnie si臋 wzrusza,
lecz nie chce wymieni膰 poety Pjanusza -
a na to Pijanusz nabawia si臋 spleenu
i jedzie sleepingiem na spleen do Londynu.
                  W angielskim sleepingu angielski tnie spleen go,
                  z angielk膮 d偶in pije w angielskim smokingu
                  i flegma angielska, angielska choroba
                  z angielsk膮 go flegm膮 popycha do groba.
                  Niewiasta angielka, gard艂uj膮c z angielska -
                  jest nazbyt angielska i nazbyt anielska -
                  i 偶al mu ojczysty do serca si臋 wcisn膮艂,
                  wi臋c wraca do Sima podysze膰 ojczyzn膮.
Za艣 w Simie od razu do niego si臋 zbli偶a
poeta Wszech艣wiatek, co wr贸ci艂 z Pary偶a.
„Czy wiecie kolego - nowin膮 zaszczyca -
偶e umar艂 > > Przeczyca?
Na szcz臋艣cie nie czyta i nie wie ulica
呕e umar艂 Przeczyca i istnia艂 Przeczyca”
Poeta Pijanusz zupe艂nie si臋 zgadza
i my艣l zas艂yszan膮 z precyzj膮 wyg艂adza
„Cho膰 liczny i wielki jest t艂um wierszoklet贸w,
na palcu potrafi臋 policzy膰 poet贸w -
i z ma艂ym wyj膮tkiem, to znana to sprawa,
niczyim udzia艂em nie stanie si臋 s艂awa,
z wyj膮tkiem - ” i tutaj wylicza jak z p艂atka
Pijanusz na palcu poet臋 Wszech艣wiatka
i m贸wi „No prosz臋, wymie艅cie偶 kolego
cho膰 jeszcze jednego, s艂awnego, m艂odego”.
I wtedy Wszech艣wiatek okropnie si臋 wzrusza,
lecz nie chce wymieni膰 poety Pijanusza,
a na to Pijanusz nabawia si臋 spleenu
i jedzie sleepingiem na spleen do Londynu -
                  I jedzie i wraca i jedzie i wraca,
                  za艣 wszech艣wiat z Wszechswiatkiem si臋 w k贸艂ko obraca,
                  z poet膮 Wszech艣wiatkiem, co chodzi do Sima
                  i pisze donosy na pana Tuwima.


Szpilki” 1936 nr 43, str. 5
wiersz z komentarzem redakcyjnym:
Patrz w poprzednim numerze 艢. Karpi艅ski, Donos”.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...