STEFAN OTWINOWSKI (1910-1976)

Całe dorosłe życie spędził w Krakowie, całe dorosłe życie związał z krakowskim życiem literackim w sensie dosłownym i „Życiem Literackim”, które współtworzył i współredagował. Kochał stare, maleńkie apteki, prowincjonalne miasteczka i często mawiał: „U nas, w Kaliszu”, choć to „u nas” trwało zaledwie pięć lat.

JÓZEF BUJNOWSKI (1910-2001)

Miał 22 lata, gdy w założonej przez siebie „Smudze”, periodyku studenckim Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie debiutował artykułem o tytule „Problem motywu”. Doktorat Józef Bujnowski uzyskał w pamiętnym roku 1956. Praca napisana pod kierunkiem profesorów Manfreda Kridla i Zygmunta Lubicz Zaleskiego dotyczyła kompozycji utworów dramatycznych Stanisława Wyspiańskiego.

ŁUCJA PINCZEWSKA-GLIKSMAN (1913-2002)

Łucja Gliksman nosi w sobie całą nowoczesną tradycję wiersza polskiego, od Mickiewicza i Ujejskiego poczynając, na Kasprowiczu zaś i szczególnie ulubionym Tuwimie kończąc. Jej utwory są precyzyjnie przemyślane i sugestywnie zrobione (...)

BEATA OBERTYŃSKA (1898-1980)

Kameleon? Lwowskie dzieciństwo i młodość przetykane rodzinnymi wyjazdami Maryli i Wacława Wolskich do Portugalii, Włoch i Francji. Jak podaje biograf, „w 1933 roku zdała egzamin w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i do 1937 występowała w Teatrach Miejskich we Lwowie”.

SEZON PIERWSZY: PODSUMOWANIE

Pierwszy sezon zostanie zapamiętany jako wyjątkowy jeszcze z jednego powodu: przyniósł ze sobą wyjątkowe wydania dzieł dwóch autorek ocalające ich spuściznę twórczą. Pierwszym z nich były „Listy do Seweryna” Wandy Karczewskiej, drugim – „Drzwi otwarte na nicość” Melanii Fogelbaum.

ANDRZEJ KRZYSZTOF WAŚKIEWICZ (1941-2012)

Można powiedzieć, że w trzech dekadach (1960-1980) AKW, przy współudziale Jerzego Leszina-Koperskiego, okazał się jednym z najbardziej efektywnych animatorów, kronikarzy i interpretatorów kultury studenckiej oraz młodej polskiej poezji – w jej kolejnych, wstępujących rocznikach. Był Henrykiem Berezą nowej liryki.

WINCENTY RÓŻAŃSKI (1938-2009)

Różański - poeta prowincji jak Mickiewicz, Miłosz, mówiący, wprost, ale nie na tyle, aby czytelnik wychodził z jego wierszy z niczym, przeciwnie, mimo klarownego języka jest w tej poezji podskórna tkanka wymagająca odrębnej interpretacji, wysiłku erudyty, znawcy artyzmu znajomości ukrytego pędzla, którym posługuje się poeta.

RYSZARD BRUNO-MILCZEWSKI (1940-1979)

Przypadek Ryszarda Milczewskiego-Bruna nie byłby tak wyrazisty i przejmujący, gdyby nie jego osobny talent językowy. On myślał i czuł językiem osobnym, umiał dla swojej ekspresji znaleźć nowy wyraz, intuicyjnie odnaleziony w potarganej strukturze języka, którą my ulizujemy w naszym ulizanym życiu.

KAZIMIERZ FURMAN (1949-2009)

Ostatni tom "Brzemię" stanowi szczere podsumowanie życia poety. „To gorzka książka – wyznaje w końcu Furman – leżała w szufladzie trzy lata. Grzebałem co jakiś czas w niej, dodawałem, aż wydałem. To wybór z kilkudziesięciu lat. Jest tam jakiś rachunek sumienia, jest wadzenie się z Bogiem (Słowacki mnie podpuścił).

WANDA KARCZEWSKA (1913-1995)

Trudno sprecyzować, w którym momencie uznano pisarkę za „plebejskiego astrologa” – jak Stanisława Swena Czachorowskiego określił niegdyś Jan Marx – sytuując jej dzieła w grupie utworów sprowincjonalizowanych, hermetycznych i kobiecych.

STANISŁAW SWEN CZACHOROWSKI (1920-1994)

Nie mam własnego mitu – zdradzał Czachorowski i niemal natychmiast tłumaczył – samokrytyka: jest współczynnikiem talentu. Wartość jej występuje proporcjonalnie do wartości innych składników – inteligencji, wynalazczości, wrażliwości, dobrego smaku, silnej woli, samozaparcia i odwagi.

ANDRZEJ BABIŃSKI (1938-1984)

Poeta tragicznego ładu, utalentowany, stłamszony przez własną niedoskonałość, gotujący się na śmierć, zmierzający ku niej świadomie. Tu i ówdzie czytam podobne wywody, zasłyszane, przeinaczane, deformowane na pożytek mitu, sensacji i poczytności periodyku, portalu internetowego. Mit Babińskiego oscyluje pomiędzy prawdą i nieprawdą.

JANUSZ ŻERNICKI (1931-2001)

„Rozpoczynałem jako belfer na warmińskiej wiosce” – wyjaśnia Marxowi poeta i dołącza – „Byłem też rybakiem, aż do połamania ręki”. I niech to wystarczy za prowizoryczne usprawiedliwienie: „Urodziłem się w miasteczku Ciechocinek na Kujawach. Wielokrotnie próbowałem stąd uciekać.

MELANIA FOGELBAUM (1911-1944)

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że straciliśmy poetkę o ogromnym talencie, oryginalną i wciąż wartą upowszechnienia. Jedną z tych nielicznych w owych czasach, która przynależąc do swojej diaspory, pisała swoje wiersze po polsku.

ZUZANNA GINCZANKA (1917-1944)

Czy rosną jakieś kwiaty na bezimiennym grobie Zuzanny, rozstrzelanej tylko dlatego, że należała do rasy hebrajskiej? Nie uczyniono dla niej, dla jej młodości, urody i poezji żadnego wyjątku. Niekiedy zastanawiam się, o czym mógł myśleć, jeżeli w ogóle myśleć był w stanie, ów germański knecht, gdy wpakował kilka kul z rozpylacza w piękne ciało Zuzanny?

ZYGMUNT JAN RUMEL (1915-1943)

Wstawał bardzo wcześnie, o piątej rano. Były to jedyne godziny przeznaczone na pisanie – oczywiście jeżeli mógł pozostać w domu”. W styczniu 1943 roku Rumel został obwołany Komendantem Okręgu VIII (Wołyń), w którym miał organizować emisariat z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA) i partyzanckie oddziały samoobrony.

STEFAN NAPIERSKI (1899-1940)

W środowisku literackim znany był jako Marek Eiger. Rozstrzelano go w Palmirach – Seweryn Pollak i Jerzy Andrzejewski zaświadczali niemal jednym głosem: krzyczał w „budzie” dojeżdżającej na miejsce egzekucji. „Nie mogę go sobie wyobrazić w więzieniu na Pawiaku”, dodawał ten pierwszy.

ARNOLD SŁUCKI (1920-1972)

„Wydawał się trochę szaleńcem – przyznawał z zażenowaniem Bocheński – w środowisku literackim przezwano go niemal od razu prorokiem. Był samą żarliwością i chodzącym natchnieniem. Choć zapalczywy i nieprzejednany, nie był jednak w tamtych groźnych czasach niebezpieczny, a przecież mógł być”

wtorek, 1 stycznia 2013

Drzwi otwarte na nicość



         Melania Fogelbaum rediviva

LESZEK ŻULIŃSKI

      Nadeszła chwila, w której możemy już poznać w całości spuściznę poetycką Melanii Fogelbaum, o której na naszej witrynie można znaleźć oddzielną stronę. Nakładem gorzowskiego Wydawnictwa SONAR ukazał się zbiór wierszy Melanii zatytułowany Drzwi otwarte na nicość.

       Przypomnijmy: Melania Fogelbaum (1911-1944) była poetką, która za życia nie doczekała się swojego „zaistnienia”. Już w pierwszym dniu likwidacji getta łódzkiego została wywieziona do Auschwitz-Birkenau i tam stracona. Żyła zaledwie 33 lata. Po wojnie przyjaciele poetki pod gruzami jej domu znaleźli rękopisy Meli. W sumie 78 kartek zeszytowych zapełnionych wierszami skończonymi i nieskończonymi, ale dającymi wyobrażenie o nieprzeciętnym talencie autorki. Wydali skromny wybór (24 utwory) w tomiku pt. Zeszyt z Getta w Łodzi (2004).

        Zeskanowane stronice znalazły się w rękach Leszka Żulińskiego kilka lat temu. Niestety, ich odczytanie nie było proste. Traf chciał, że Leszek pokazał skany Markowi Piechockiemu, a ten w żmudnym trudzie i porywie grafologicznego talentu zdołał teksty odczytać. Książka liczy 158 stron i zawiera prawdopodobnie wszystko, co po Melanii Fogelbaum przetrwało. Jest opatrzona wstępem Żulińskiego, opowiadającym dokładnie całą wiedzę, jaką o Meli mamy oraz komentarzami edytorsko-redakcyjnymi Żulińskiego i Piechockiego. Oryginalność i niepospolitość tej dramatycznej poezji być może spowoduje jej trwałą obecność w literaturze XX wieku i uzupełni wiedzę na temat „literatury Holocaustu”, wciąż wyrzucającej swoje piękne i straszne Atlantydy. Jedno można powiedzieć na pewno: Melania Fogelbaum – rediviva!

Melania Fogelbaum, Drzwi otwarte na nicość, opracowanie literackie: Marek Piechocki i Leszek Żuliński, opracowanie graficzne: Monika Szalczyńska, Wydawnictwo SONAR, Gorzów Wlkp. 2012, s. 158.



***

Poręby
Padło drew bieliste
Drzag drzazgotem topór
Zabieliło się od drzazg
W drewutni mroku

Wonną krwią żywiczną
Zaparzył się wieczór
Zółtym okiem sęku
Zazłocił


KRĘGOWIDY SZARE
  
Żółtozłocze łzawy
Twardolepkie mioduny
Kręgoliste mleczany
Żółtuńce cytrynne
Sękolite skrzepce
Odrętwy kwiatczane
Ciemień niebędny
Gwiezdna zielenica
Płaskuń się rozwidlił
Wilgoziem


ANDULA SARA

Lunatyczną depeszę w dni codziennych gawiedzi
Zawył praski październik w poszarpanej jawie
przeleciały pociągi w weekendy tragiczne
Pulmanami obłędu niosło Cię w nieznane
z życiem nagle zamkniętym w lakier neseseru
w brudną ghetta wśród drutów północną rivierę
dni jak słoma zmierzwiona w zawszonym legowisku
na most nad oczu mrowie
w włosach przyniosłaś noc
w oczach kwitnący płacz
i skrzydła rozwiane płaszcza
czy chciałaś gdzieś na progu ostatnią nieść wieść
w dnach oczu przed tobą schował
Rachelo, czarny Jehowa
W kwadrat płaszcza dzień tragicznie powiał
Ewę Julię Rut Ewę Żydowską Ofelioczeską Rachel



***

gniją niedziele, niedziel trupy
wgonione głupio w psich dni cmentarz
od gruzłów krwi i dna nie oddzielą
co ziemią szumi. We mnie wgięte
w przynagły gniewu bezruch cienie stłamszą
i z mierzwy godzin chochlo zdechłych
siano słoneczne życiem tryskam





Doskonały epilog


KAROL SAMSEL


          A więc święto literatury trwa znowu... Została ocalona dykcja, odgruzowany głos 33-letniej, nieżyjącej kobiety, poetki o silnych skalach, zdolnej do gigantycznych rekonesansów i rozrachunków wgłąb dziejów literatury polskiej - od Juliana Przybosia aż po Cypriana Norwida (wystarczy porównać Kręgowidy szare z 97-ym wierszem z cyklu Vade-mecum, zatytułowanym Finis). Jeśli miałbym jednak pozostawać szczery, musiałbym przyznać, że Drzwi otwarte na nicość, zbiór wierszy Melanii Fogelbaum opracowany przez Marka Piechockiego i Leszka Żulińskiego, sygnowany wzruszającym portretem Jacka Witczyńskiego, jest zaledwie doskonałym epilogiem długiej i mrocznej epopei maskowanej przed polskim rynkiem literackim. Epopei walki o pamięć rozgrywającej się od sierpnia 2004 roku, w której uczestniczyli wśród wielu innych dr Helena Zymler-Svantensson i Andrzej Kobos, który postanowił przedrukować Zeszyt z Getta w Łodzi w 40. numerze The Scrolls. 

              Należy ubolewać, że tamten wybór nie został opatrzony numerem ISBN. Na internetowej stronie Zwojów (http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje40/text22p.htm) jego autor, Kobos, ujawnił jeden z dwóch portretów Fogelbaum znaleziony w getcie przez Nachmana Zonabenda. Dopiero dziś jednak dane było mi się przekonać, że była to zaledwie połowa fotografii: poetka łapczywie wypija garnuszek zupy, ale nie jest pozostawiona samej sobie - jak uważałem dotychczas - w jej kierunku nachyliła się dziewczyna w czarnym żakiecie, i mimo że zapewne jej imię wymazano z księgi żyjących, jej życzliwy, domowy wzrok warto zapamiętać jak ciepły podarunek, choćby - zestawiając go z hipnotycznym, zwierzęco-boskim wzrokiem zaszczutej Melanii.


ARTPUB LITERATURA z dumą obejmuje patronatem wydanie Drzwi otwartych na nicość Melanii Fogelbaum.

wtorek, 11 grudnia 2012

Wincenty Różański (1938-2009)

Portret W. Różańskiego
Piotr Mosur

Półświęty z Ostrobramskiej
JERZY BENIAMIN ZIMNY


               Wincenty Różański (Witek) urodził się w 1938 r. w Mosinie koło Poznania. Ukończył Technikum Księgarskie, studiował polonistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracował w kilku zawodach, m.in. jako magazynier przy budowie Elektrowni Turoszów, jako księgarz w Domu Książki, także w Teatrze Lalki i Aktora oraz w Miejskiej Bibliotece Publicznej jako bibliotekarz, w 1967 roku przeszedł na rentę. Do końca swojego życia zajmował się pisaniem poezji, żył więc z wydawania książek i z licznych publikacji w prasie literackiej. Debiutował w 1968 roku w "Głosie Wielkopolskim" wierszem Bohema, debiut książkowy w 1968 r. arkuszem poetyckim: Wiersze o nauce nawigacji miedzy kamieniami. Dwa lata później ukazał się jego rewelacyjny tom wierszy: Dziecko idące jak włócznia śpiewało. Od tego momentu, co dwa, trzy lata ukazywały się kolejne tomy Witka. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy pojawiły się problemy wydawnicze, ten ciąg został nieco zachwiany, lecz znaleźli się ludzie pomocni poecie w tej kwestii (Jerzy Szatkowski, Krzysztof Wiśniewski, Krystyna Rutkowska), dzięki którym mogły ukazać się: Została pusta karta dań tego świata oraz Ratujcie serca nasze i Posrebrzane pola słów. Różański był laureatem wielu prestiżowych nagród: Medalu Młodej Sztuki, Nagrody Literackiej im. Jana Kasprowicza, laureatem XII Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. Wyróżniono go Odznaką Honorową m. Poznania, odznaką Za Zasługi w Rozwoju Województwa Poznańskiego. Przyznano mu tytuł Zasłużonego Działacza Kultury oraz Srebrny Krzyż Zasługi. Otrzymał także Nagrodę Artystycznej Rady Miasta Poznania w 2002 roku; Nagrodę Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony dóbr kultury w 2003 r. Ostatnią nagrodę - Pierścień Mędrców Betlejemskich - Różański otrzymał w 2005 r. "w podziękowaniu za służbę tworzenia w świetle dziejów Słowa, które było na początku".



                Moje kontakty z Różańskim miały swój początek w 1971 r. podczas finału Turnieju Zielonej Wazy. Pamiętam, Witek wysłał na ten konkurs króciutki wiersz (nie przykładał większej wagi do konkursów), tryskał humorem w Sali Kominkowej Pałacu Kultury, ujął mnie swoją bezpośredniością w stosunku do ludzi, nawet tych, których nie znał, i taki był zawsze, i takim go zapamiętałem.  W połowie lat siedemdziesiątych nasze kontakty nabrały stałego charakteru, zamieszkałem z rodziną przy ulicy Kuźniczej, nieopodal Parku Górczyńskiego, przy którym mieszkał Witek, byliśmy wiec sąsiadami przez ponad piętnaście lat. Pamiętam wiele momentów, w których akcentem, znakiem szczególnym była ławka, na której Witek przesiadywał ze Stedem, a potem przesiadywał z innymi, Andrzejem Mendykiem, Andrzejem Sikorskim, Mariuszem Rosiakiem, Andrzejem Ogrodowczykiem, Różą Pisarczyk, Teresą Tomsią, Markiem Obarskim i wieloma innymi życzliwymi mu ludźmi. Na początku lat dziewięćdziesiątych szykował kolejne teksty do druku. Po jednym ze spotkań przy Ostrobramskiej, zastanawialiśmy się nad tytułem, Witkowi brakowało pomysłu, zawsze miał problem z wyborem tytułu, ponieważ - jak zawsze podkreślał - "pisze jeden, niekończący się wiersz". Powiedziałem wtedy - Witek, były wiersze dzieci, to niech tym razem będzie "córeczka poezja"?   I tak zostało, tomik wydał Ryszard Krynicki w wydawnictwie a5. Różański, podobnie jak Milczewski, był uzdolniony artystycznie, większość jego rysunków znajduje się w archiwum Jurka Szatkowskiego, w tomie wierszy: Ratujcie serca nasze pomieszczono portrety znanych postaci świata literatury i sztuki, jest tam między innymi autoportret Witka. W moim skromnym archiwum znajdują się listy Witka pisane do mnie mimo bliskości zamieszkania, luźne wiersze, które miał zwyczaj umieszczać w listach a także kilka szkiców związanych z tematem listu. Nie jest tajemnicą, że Witek przywiązywał do listów olbrzymią wagę, "są - jak mówił - świadectwem czasu, mojego nastroju, mojej chimerycznej weny, no i po takim liście nie zapominasz, że jesteś moim sąsiadem, a zdarza się tobie zapomnienie często"? Fakt, w tamtym okresie ciężko pracowałem od świtu do nocy, jedynie w niedzielę spotykaliśmy się pod kościołem, słuchając mszy świętej na zewnątrz, Witek nie uznawał tłoku, a przecież "powietrze jest naszym najlepszym przyjacielem". Nawet zimą, kiedy w parku jest tak pusto, że można umrzeć, nie wiedząc o tym. Przyroda u Różańskiego to niemal ołtarz, kolory przebogate i dziecko, dziecko sacrum w pierwszej połowie twórczości, i dziecko profanum w późniejszym okresie twórczości. Za Dariuszem Lebiodą, który jako jeden z nielicznych podjął się wnikliwej oceny twórczości Różańskiego, mogę dodać od siebie, ową "córeczkę poezję", w eschatologicznej oprawie, z wierszami, w których pojawia się bohater liryczny, weteran narodowych zrywów. W istocie, był moment w naszych kontaktach związany z ojcem Witka. Wtedy żyła jeszcze jego matka, pamiętam - krótko przed świętem zmarłych rozmawialiśmy o porządkowaniu grobów, Witek mówił: "ojciec powstaniec zasługuje na pomnik". I pomnik stanął w terminie, i w tajemnicy wielkiej, i jeszcze większe zdziwienie było, kiedy na mogile wyrósł krzyż kamienny. I napis godny Powstańca Wielkopolskiego. Okres mojego kamieniarstwa owocował w podobne przypadki, nic tak człowieka nie cieszy jak radość innych.   


            Różański był wybitnym poetą, jeśli nie najwybitniejszym, jak go ocenił Dariusz Lebioda, autentyczny w przekazie, pisał o tym, czego dotknął, doświadczył, misternie tkane obrazy, podwójne ich tło, głęboka prowincja, rzadziej miejskie akcenty, chociaż i miasto przytłacza bohatera lirycznego, także przeszłość przodków, uzależnienie od rodziców, zwłaszcza matki, w końcu mityczne dziecko dorastające w kolejnych książkach, buntownik i zarazem uległy człowiek, zrezygnowany, przygotowany na śmierć, śmierć inną, własną, a także kreowaną na podobieństwo matki, kobiety obdarzanej miłością, kobiety z twarzą łagodną, żeby nie powiedzieć, miłującą swoje dziecko. Różański - poeta prowincji jak Mickiewicz, Miłosz, mówiący, wprost, ale nie na tyle, aby czytelnik wychodził z jego wierszy z niczym, przeciwnie, mimo klarownego języka jest w tej poezji podskórna tkanka wymagająca odrębnej interpretacji, wysiłku erudyty, znawcy artyzmu znajomości ukrytego pędzla, którym posługuje się poeta. Różański kojarzony jest z nurtem życiopisania, obok takich nazwisk jak Stachura, Milczewski, Wojaczek, Obarski, Babiński.  Wszyscy mu współcześni w jakiś sposób mieli niebagatelny wpływ na jego osobowość. Nie było miedzy nimi powiązań natury twórczej, jedynie sposób pojmowania własnego życia, dlatego egzystowali poza nurtami Orientacji i Nowej Fali, w sposób odrębny, okrzyknięci autsajderami - nawet ciążyło na nich miano poetów przeklętych. Nie przypisuję tej etykiety Różańskiemu, wojaże liryczne zakończył stosunkowo wcześniej, raczej udomowiony całkowicie oddał się pisaniu, popadając w konieczność listownych kontaktów, nie przypominam sobie, aby miał kiedykolwiek do dyspozycji telefon.  W styczniu czwarta rocznica śmierci poety, na cmentarzu w Miłostowie w zimowej scenerii rodzina, grono przyjaciół, towarzyszyli Witkowi w jego ostatniej drodze, nad grobem odżyła cała jego przeszłość, wspomnienia, modlitwa i refleksje nad sensem poświęceń dla poezji i sztuki. Zabrakło tych, którzy odeszli wcześniej, przedwcześnie, Andrzeja Mendyka, który użyczył swojego głosu wierszom Witka podczas pamiętnego wieczoru w Poema Cafe, zabrakło Andrzeja Ogrodowczyka, którego śmierci Witek był świadkiem, i którą przeżywał bardzo długo, nie było na pogrzebie Mariusza Rosiaka, o którym Witek wypowiadał się, że jest niesamowicie Bursowy w swoich wierszach. nie było też Marka Obarskiego, ale "kwiat płodu" jakby zakwitł tego poranka.   

               Pod koniec października tego roku z Karolem Samselem "odwiedziliśmy" Andrzeja Babińskiego na Junikowie, przy jego grobie rośnie pochylona sosna, jakby zwracała się do poety w hołdzie za to, że pod nią leży, wcześniej w Parku Gorczyńskim szukaliśmy tropów Witka, ławeczka już na ta, ale jednak ławka stała naprzeciw balkonu poety, zza szyb nikt nie odsłonił firanki, nikt nie wyszedł powitać nas, tylko kilka gołębi podążało za nami ścieżkami, podczas tej nostalgicznej wędrówki, miasto szykowało się do święta zmarłych, a nam cisnęły się na usta najwspanialsze wersy Witka. "Czaszka przyjaciela patrzy na mnie jakby chciała rzec parę dobrych słów". Aż do Cmentarza Górczyńskiego, gdzie przy grobie Łucji Danielewskiej przypomniałem sobie jeden z wierszy Witka, jakby pisany na ostatek, i konieczny do przytoczenia w tym miejscu: 


"wszyscy ludzie, którzy mi pomogli, zasługują na podziękowanie i szacunek, najbardziej zaś stary, podrapany mur, który jest świadkiem…i wyburza się, ale mnie przeżyje, i w tym mnie nad ludźmi przewaga, i chociaż trumna boli to jednak rozpadnie się, a nieszczęście i ból są trwałe jak nocny mur".  


            Miał rację poznański poeta Andrzej Sikorski pisząc o Witku, jako o "półświętym z Ostrobramskiej". Jednak przydomek "Witek" już jest nieśmiertelny jak jego poezja.


***

Edycie Stein

Jakim to nożem wbijasz się 
siostro w księżyca sierść
o wstęgo niedziel szczęko na oku
w oświęcimskich kazamatach
ofiara spełniona
Ty nam siły przydaj i rozmachu
na ostatek wieku,
bo nie ma siły rozmawiać już o celach ostatnich
dopóki krew mam w żyłach i krzepnie na mrozie
całopalnej godziny
stygmacie siostro miłosierna
jako nie potępiam
w krzyżowej wędrówce
do celu anielskiej godziny
topazie jaśniejący
Ty rozumiesz ich język
on Cię usprawiedliwia na wieki

***

kruchy most
ludzki cios
próżny trud
gwiżdże kos

tak można pisać bez końca
a na wysokościach Apollo i Atena
na rydwanie Heliosa
pędzi w śnie
w senne niebiosa

bóle ranią
krew nie krzepnie
dziecko martwe
nawet westchnie

i tak można bez końca
a nieskończony Bóg
rozpatruje na nieskończonych zebraniach
nasze losy nasze zbawienie

a Jesieninowie w noc martwą
wołają nadaremno Pomóż mamo

***

idę po żużlu w dniu gasnącym
czy powitasz mnie hojnie
moja wybranko
już rybitwy świecą blaskiem
by mnie oślepić i zabrać mi wszystko
ja Ci wybaczam maszynerio ciemna
ja Twoje dzieci usynowię w cieniu,
zamiast na świecie, żyję w marzeniu

***

de facto                       

zabiegany zmęczony po zabiegach miłosnych
siedzę nad kawą w restauracji
i myślę czy warto tracić zdrowie dla jakiejś panienki
mężatki - rozwódki
warto trochę złamać spodnie
brzuch wygładzi się ładnie

w dniu święta Faustyny Kowalskiej
modlę się bym nie upadł za nisko
tracąc swoje imię nazwisko i przezwisko

***

ktoś powtórzył te same inicjały smutku
potem się dźwignął
jak wieczór
zapada się w słońce alkohol
z południa z terenowych świateł
jak sklep przyrody,
piszę w skrzydłach dni
zimnych od noży świateł
ścieżka do pszenicy
ścieżka do żyta
wczoraj byłaś panna
dzisiaj kobieta
ciało falujące falą, tak
drzesz mi skórę jak potomek
zza rogatek terezjaszowy

z tomu: Ręce Marii Magdaleny (2000) 

***

na ławce w parku siedzi chłopiec z dziewczyną
marku hłasko ona nie puszcza się z każdym
może za nieba lub wiatru przyczyną 
jej włosy śpiewają odę do boga
życzę jej świetlistej dali i kącika w domu
by w niebieskiej halce spała jak odaliska
teraz lato przyjdzie jej zbierać zboże
i nie daj boże by krew jej zrosiła ściernisko
a gdy miesięczna krew zasklepi jaskry
spojrzyj na nas muzo wszelkiego porządku
w naszym powiecie odmieniają się fakty
ale czerwień i pot to święto obrządku
a błękit to dobre dla poetów
niestety

z tomu: Bądź pozdrowiona chwilo... (1989)                     


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...